Gadżeciara

with Brak komentarzy

Jakoś tak mam, że czuję że żyję gdy napalę się na jakiś cud technologiczny. Za każdym razem przechodzę to tak samo. Podekscytowanie  na przemian z pożądaniem, przyprawione milionami myśli „skąd skombinować kasę” pomieszane ze spędzaniem kilkunastu godzin na czytaniu opinii na temat danego produktu.

Dla mnie każdy gadżet jest złotem, co się świeci. Ale myli się ten, kto myśli, że da Babie tanie bawidełko i ma od niej spokój na jakiś czas. Otóż nie. Mam taki wredny charakter, że ceny większości fajnych rzeczy zaczynają się… w okolicach mojej wypłaty. Jestem jednak taką zrównoważoną gadżeciarą, nie muszę mieć wszystkiego co premierę ledwo miało na gadżety.pl. Moje wymarzone gadżety przechodzą okres adaptacji, cicho skradają się do mojej podświadomości i zazwyczaj mija sporo czasu, zanim zorientuję się, że już nie mogę przestać myśleć o danym przedmiocie.

W gruncie rzeczy, najbliższe 3, może 4 gadżety są związane z blogiem, chęcią jego ulepszenia. Jeden z nich służyłby tylko mojej uciesze, wiadomo.

Czasami chciałabym móc marzyć o torebkach Lui Vittą czy innego grajka modowego, ale tatuś podarował mi w genach miłość do gadżetów elektryczno-mechanicznych a nie do elementów garderoby cywilnej, ewentualnie wyjściowej (choć technologię w ciuchach też lubię :) ach te membrany! ).

Ostatnio o mały włos nabyłabym świetny aparat, dzięki któremu cykałabym świetne fotki dla Was. No ale na świetną jakość z cyfrowej lustrzanki zdjęcia musicie jeszcze trochę poczekać. Zostają Wam takie dotychczasowe – z kalkulatora lub małpki kieszonkowej.

Wciąż kusi mnie swym pięknym wyglądem fiński produkt, którego cena mnie „lekko” opóźnia w jego kupnie, ale coś mi się wydaje, że to kwestia czasu aż go kupię.

Suunto ambit 2 s white

Wyznaję zasadę: „przetrzymaj chęć kupienia czegoś powyżej 300zł na dłuższy czas, bo nic tak dobrze nie weryfikuje naszych potrzeb, jak czas w którym obyliśmy się bez pożądanej rzeczy” – świetnie się sprawdza. To, że o czymś marzę, nie znaczy, że MUSZĘ to mieć. Na przykład carboTreka (chociaż nie, wciąż wracam do niego myślami ;) ).

Na szczęście – lub też nie – mam tak, że nie muszę mieć najlepszych rzeczy na rynku, muszę mieć rzeczy najlepsze dla mnie. I tak oto mam rower ze średniej i podstawowej półki, carbon po nocach mi się nie śni, choć chciałabym doświadczyć jego cudowności. Doświadczyłam cudownej mocy działania hamulców Shimano SLX i właśnie sobie je na nowy rok sprezentowałam do mojego Szaraczka.

I tym samym zegareczek musi poczekać :)

Jednak pozostaję  w optymistycznej myśli, że jeszcze w tym roku wzbogacę się o kilka fajnych rzeczy, czy to za moją sprawą czy kogoś niezwykle hojnego.

A teraz, wracam do czekania na hojnego Dziadka Mroza, co przysypie Polskę tym białym czymś, czego nazwę zapomniałam, bo dawno nie widziałam.

Baba na rowerze.