To jak to jest z tym trenerem?

31 Przeczytano

Ci z Was, którzy śledzą moją personę dłużej niż dwa miesiące wiedzą, iż końcem października w konkursie wygrałam roczną opiekę trenerską. Postanowiłam się podzielić wrażeniami, choć na efekty trochę za wcześnie.

Logo Oxygen Cycling

Minęło już ponad dwa miesiące mojej współpracy z wirtualnym trenerem. Nie do końca jest to „wirtualny trener” gdyż niektóre platformy treningowe jak bodyichoach czy ludora  bazują na wirtualnych platformach, mają one [platformy] na pewno robiącą wrażenie oprawę, której pilnują realni czy też prawdziwi trenerzy. Chłopaki z Oxygencycling postawili, a być może pozostali przy tradycyjnej metodzie komunikacji głównie poprzez e-mail. Do dyspozycji mam również numer telefonu do trenera, z którego na razie nie musiałam korzystać ;) Na początku naszej współpracy, wymieniliśmy się z trenerem kilkoma mailami, w których wyjaśnialiśmy sobie nasze położenie w przestrzeni, informacje na temat mojego planu dnia oraz jak będą wyglądać treningi. Następnie przystąpiliśmy do dzieła! Co tydzień (najcześciej w niedzielę) otrzymuję rozpiskę od trenera na cały tydzień, jeśli mi coś nie pasuje, piszę maila zwrotnego i nanosimy poprawki. Po każdym odbytym treningu zgrywam dane z niego na platformę treningową (w moim przypadku garmin.connect). Jak to każda mądra książka nakazuje, spisuję wartości takie jak średnie tętno, maksymalne, czas i długość snu, samopoczucie, apetyt oraz odczucia z treningu, następnie wysyłam do trenera. Jeśli ma jakieś uwagi, to od razu dostaję wiadomość zwrotną, jeśli jest zadowolony, to nawet dostanie mi się jakaś pochwała ;) (nie ma żartów, jestem łasa na pochwały, zaś negatywne słowa wywołują u mnie efekt odwrotny od zamierzonego). Długość trwania tygodniowo treningów zaczyna powoli wzrastać, dwa tygodnie temu było to 7 godzin a w zeszłym tygodniu było już 8 godzin.

Czego się nauczyłam? Przede wszystkim mierzyć codziennie rano tętno spoczynkowe. Na początku dziurawa pamięć i brak przyzwyczajenia płatał mi niezłe figle, teraz zdarza mi się zapomnieć tylko w weekend ;) Jak to robię? Po pobudce budzikowej na tętnicy szyjnej lub na nadgarstku wyczuwam tętno, liczę puls przez 20sek i następnie wynik mnożę przez 3 – otrzymuję w ten sposób tętno spoczynkowe każdego ranka. Czasami mierzę raz, jeśli wartości wyjdą normalne, czasami jednak wychodzą takie bzdety, że się przebudzam z tego wszystkiego i robię drugi pomiar ;) Wiadomo, mogłabym pulsometrem mierzyć, wartości byłyby dokładniejsze, ale zwyczajnie rano nie mam czasu na tak długie grzebanie się w łóżku. W środku nocy (6:10) mam tylko 45min na śniadanie, przygotowanie śniadania do pracy,toaletę poranną i ubranie się.

Kolejnym plusem, ogromnym jest to, że moje aktywności mogę wreszcie nazywać treningiem. Co mam na myśli? Ano to, że teraz mam określone zadania do wykonania, to trener za mnie myśli i ustawia mi periodyzację. Teraz (hmm a może jednak na wiosnę) moje jazdy kręcenia nie są zwykłym kręceniem i niepotrzebnym wypluwaniem płuc, tylko misjami do spełnienia.

Podsumowując – moje treningi stały się wielowymiarowe, ja zaś prawie bezdusznym robotem wykonującym z przyjemnością polecenia „góry”. Niesamowity komfort psychiczny – tylko idę i trenuję, bez zastanawiania się co by tutaj dziś zrobić?

Nostalgicznie...
Nostalgicznie…

Jedno się tylko nie zmieniło. Rozmiar mojego królewskiego ciała ;) Niby obecnie mam dość niską intensywność (tlenową) zwłaszcza na rowerze, ale przecież listopad i grudzień to było też hardcorowe bieganie, które powinno mi było wytłuc to kilo czy dwa… Chyba, że mam to szczęście iść w masę mięśniową ;) bo łydeczki to se mam twarde :D Tłusto raczej nie jadam, pizzy w miesiącu znajdą się ze 4 ale to nie powód, żeby nazywać to niezdrowym jedzeniem. Trener jednak uspokoił mnie, że prawdziwy hardcore, to się dopiero zacznie – no cóż, pozostaje mu zaufać ;)

Tak się tylko zastanawiam, czy z tymi maratonami to nie przesadziłam – jednak bardziej rajcuje mnie zdobywanie nowych pasm górskich, szosowych i pstryknięcie przy okazji świetnych fotek (wiadomo) niż rozrywająca mi żyły adrenalina tylko po to, żeby przyjechać w połowie stawki. Tej drugiej. Ale pożyjemy, zobaczymy. Kalendarz naszkicować muszę.

Marzy mi się etapówka z Bike Adventure, nie wiem tylko czy i jak jestem w stanie tam dojechać, muszę pogłowić nad tym chwilę. Będzie być może Tatry Tour na Słowacji (74km) na szosie i mtb gdzieś w pobliżu.

Coś czuję, że te starty nadejdą szybciej, niż się tego spodziewam !