Złoci olimpijczycy.

with Brak komentarzy

Najbardziej złote Zimowe Igrzyska Olimpijskie na wyjątkowo nieprzychylnej rosyjskiej* ziemi skłaniają ku refleksjom. I nie mam tu na myśli ocierającego, lub nim będącego heroicznego wyczynu Justyny Kowalczyk, która w piękny sposób zdobyła złoty medal w swojej ulubionej konkurencji. Kamil z resztą też nie jest gorszy, pierwszym miejscem na normalnej skoczni wzniecił w nas głód na kolejne złoto, Małysz już mu zazdrości!

Kamil skaczący z radości. Soczi 2014

Nie o tym jednak chcę pisać. Dzisiaj w mojej pracy wywiązała się dyskusja na temat ilości medali, które przywiozą z igrzysk Polscy sportowcy (zauważyliście, że mamy tendencje do mówienia „mamy złoto”, „zdobyliśmy dwa medale”?), którym nierzadko w trakcie przygotowań do sezonu podkłada się kłody pod nogi. Właśnie te kłody wskazują na ogrom determinacji mimo wszystko do walki o jak najlepsze podium, mimo iż nasz kochany kraj ma ich głęboko w dupie, no, może poza chwilą, gdy zdobywają laury u ruskich. Nie podoba mi się ta wszechobecna rusofobia i utożsamianie cudzych zwycięstw z przeklętym i wciąż żywym Smoleńskiem. Ale to po jedno. A po drugie, dlaczego nasi kochani prezesi wszelakich maści związków kasują sobie taką wypłatę, za którą niejednemu stowarzyszeniu, klubowi czy zespołowi można zasponsorować sprzęt czy wyjazd na zgrupowanie w miejsce, gdzie dysponują np. torem do saneczkarstwa czy śniegiem do narciarstwa alpejskiego w środku lata?

To były najpiękniejsze łzy szczęścia :) Soczi 2014

Nie jest tajemnicą, że większość sportowców (oprócz piłkarzy) wybiła się dzięki pomocy finansowej i psychicznej rodziców, taki Robert Kubica czy Agnieszka Radwańska. Wymieniłam może sporty eksluzywne i wyjątkowo drogie, ale i „tańszych” dziedzinach sportu można znaleźć takie przykłady.

Sytuację skoków narciarskich (które nie uważam za sport, a raczej kaskaderstwo) podratował nasz wieloletni mistrz Adam Małysz, który niejako wziął w swoje ręce system szkolenia dzieci i młodzieży, który pozwolił na wyłapanie perełek, dzięki którym możemy cieszyć się skokami Kamila Stocha i być może znamy już jego następcę, młodego Klimka Murańkę.

W kolarstwie szosowym podobny krok uczynił FlowerMan, czyli nasz Michał Kwiato Kwiatkowski, zobaczycie, na efekty nie trzeba będzie długo czekać, jest to jedna z lepszych inwestycji Michała w nasze kolarstwo. Choć powinni to zrobić inni, np.: taki Lang czy Szurkowski. Ile lat temu przeszli na emeryturę i co z tego zostało? Dzięki temu pierwszemu mamy narodowy tour a dzięki drugiemu…? (może o czymś nie wiem)

Szkoda, że Maja Włoszczowska nie utworzyła dotąd akademii promującej i uczącej kolarstwa górskiego, bo jak wszyscy wiemy, starty w maratonach Golonki czy Grabka na nic się nam zdają, chyba, że akurat na kogoś trafi szczęśliwy los i zostanie „znanym kolarzem”. Maju, jeszcze nic straconego, pomyśl o swoich następcach na międzynarodowej arenie!

Mistrzów, którzy nie przedarli się przez system znajomości, czy inaczej zwanych „pleców” jest całe mnóstwo. Unieśli się oni honorem lub stracili siły na walkę z wiatrem w polu. Niestety układy u nas wciąż górują, dokładnie tak samo jak u ruskich. Niektórzy walczą z systemem i „nagle” wygrywają olimpiadę, wyszedł z cienia.

Ciężki trening, wyrzeczenia, brak czasu dla przyjaciół i rodziny, harówa – to często są synonimy dla złotych medali. Jednak Ci ludzie kochają to, co robią i się temu w pełni poświęcają.

Nie ma jednego lekarstwa na wszystko, bo zawsze jest jedno, czego będzie brakować – pieniądze. Jednak jeśli nie zaczniemy szukać, kształtować mistrzów wśród dzieci, nie mamy co liczyć na pierwsze miejsca w tabeli klasyfikującej względem liczby zdobytych medali.

Baba na rowerze.

*ironia polityczna w stosunku do ludzi, którzy dopatrują się rewanżu za Smoleńsk, Katyń i inne wydarzenia historycznie nie mającego NIC wspólnego z ZIO.