Ekwilibrystyka rowerowa

57 Przeczytano

Wybrałam się dzisiaj na trening, jak to w wolną sobotę. Wyobraziłam sobie trasę wczoraj wieczorem, trochę poukładałam na mapie, bo nauczyłam się, że i tak nigdy nie wychodzi w 100% ;)

Na tenczas onegdaj wyruszyłam na początek dość płaski, bo górki miały pojawić się później. Zrobiłam pierwszy start i w 19 sekundzie spadł mi łańcuch:

(S)padnięty łańcuh
(S)padnięty łańcuch

Oznacza to albo naciągnięty łańcuch albo zbyt wysuniętą przednią przerzutkę. Albo jedno i drugie. Cholercia.

Gdy zadania treningowe zbliżały się ku końcowi, pojawiły się pierwsze polanki i podwórka pełne fioletowych kwiatków. Mówią, że nazywają się krokusy.

Polana jakich wiele - pełna krokusów
Polana jakich wiele – pełna krokusów

Zaczęła się rowerowa ekwilibristyka – wyczynianie cudów z aparatem, żeby zrobić fotki, od których tyłki Wam zzielenieją z zazdrości a równocześnie nie będzie wymagało ode mnie zejście z roweru.

Chyba już przegapiony Dzianisz mam za plecami
Chyba już przegapiony Dzianisz mam za plecami

Zaczęło się lekko pod górkę, lekko wietrznie i to tego ten asfalt, który nie jest gładziutki, jak choćby w stronę Pienin, który doprowadzał mój królewski tyłek do rozpaczy. Miałam takie swoje małe Pari Rubła*. Zauważyłam też taką rzecz, że im bliżej miejsca, gdzie turyści zostawiają majątki, tym mniej dla nich zrobione. Asfalt dziurawy niczym ser szwajcarski, obskurne reklamy i kiepska architektura. Myślę, że powinni zamknąć Zakopane na 5 lat i przeprowadzić pełną modernizację, bo wszystko jest w takim stanie, że płacz nad miską pełną pieniędzy to mało. Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy tam walą drzwiami i oknami 2x do roku. Lub, o zgrozo, więcej razy.

Fajniusi widok, nie? :)
Fajniusi widok, nie? :)

Tak sobie pyrkałam, z niemałym trudem, mała zębatka z przodu i kadencja bliżej 90 obr/min i rozmyślałam o życiu, Szymonie, co spadł z roweru i musi szukać miejsca dla swojej odmienności poza granicami naszego kraju. Minęłam paru cyklistów, hej hej i jedziem dalej.

Zgubiłam się, choć może się to wydawać śmieszne. Urodziłam się, wychowałam się i żyję w tutejszych rejonach, to nigdy nie zwiedzałam okolic. Jakoś tak wyszło, nawet nie wiem jak. Dwadzieścia parę lat minęło a ja popadłam w miłość rowerową. Miłość, która poszerzyła i wciąż poszerza moje horyzonty. Przegapiłam (prawdę mówiąc, nie wiedziałam, że mam szukać ;) ) zjazd do Dzianisza, żeby stamtąd udać się do Nowego Bystrego, na Ząb i z górki na pazurki do domu. Zatrzymałam się i zaczęłam szukać alternatywy. Jako, że kiepska ze mnie czytaczka map, przypomniałam sobie powód, dla którego kupiłam garminka z mapami i kazałam mu ustawić drogę z Kościeliska do Zębu, najlepiej przez Gubałówkę BO TAK i pojechałam.

Gdy zobaczyłam przed sobą tą drogę, to zwątpiłam…

Strade Bianche? O.o
Strade Bianche? O.o

No bez jaj? No dobra, zaufam Ci po raz pierwszy, możliwe, że ostatni dzisiaj – powiedziałam byłam ja do Garminka. Na szczęście był to odcinek może 200-300m w stylu Białych Dróg. Za drugim razem już nieświadomie nie posłuchałam Garminka i pojechałam na serpentynę prowadzącą do Gubałówki i jechałam sobie te 13% nachylenia pod górkę niespiesznie. Na stójkę, powoli, z nogi na nogę, 50rpm, choć wydawało się 20, czasami siadałam i próbowałam robić fotki, ale nie wyszły. Pewnie wyszłam na nich głupio i się samoistnie skasowały. Niedługo przed szczytem nawet jakiś fotoman zrobił mi fotkę, no ale akurat jak na złość nie wzięłam wizytówek dziś ze sobą, pokazałabym Wam zdjęcia jak czadowo się wspinałam. Niczym Contador i to bez wężyka! Wjechałam, popstrykałam i patrzcie państwo i podziwiajcie:

Samosia.
Samosia.

 

Śpiący Królewicz. A może rycerz? Nie wiem, ale do pary do Baby
Śpiący Królewicz. A może rycerz? Nie wiem, ale do pary do Baby
A oprócz Tatr widać też inne masywy górskie :)
A oprócz Tatr widać też inne masywy górskie :)
Na koniec, gwóźdź programu, Szara strzała pośród krokusów na tle Tatr :) Miód, cud i orzeszki <3
Na koniec, gwóźdź programu, Szara strzała pośród krokusów na tle Tatr :) Miód, cud i orzeszki <3

Końcówka polegała na tym, żeby trzymać mocno kierownicę na zjazdach i krzyczeć, jak to zwykle w samotności mam „juuuuhuuuuu!” (powiedzcie mi proszę, że nie tylko ja tak robię). Więc zdjęć nie będzie. O ile nie umarliście już z zazdrości na tych wcześniejszych i doczytaliście do końca :)

Na koniec tradycyjnie zapis z trasy. Gdyby ktoś chciał się ze mną umówić na takie jazdy, to otwieram swój kalendarz dla Was ;)

Miłej niedzieli od Baby dla pospołu ;D

Baba na rowerze.

*Paris – Roubaix