140 Przeczytano
Tekst, którego tłumaczenie dałam w ostatnim wpisie jest najlepszym dotychczas tekstem na tym blogu.
Człowiek jako istotna mocno przewrotną i lubi sobie kopać dołki pod sobą, zamiast otwierać kolejne drzwi do lepszej przyszłości ;) Tekst Psychologia cierpienia sprawił, że złej pogody nie oceniam już jako zło konieczne a jako niezależny ode mnie warunek pogodowy, który przecież może zdarzyć się na zawodach. Niezły utwardzacz charakteru. Do tej pory jeździłam w każdej pogodzie oprócz deszczu/śniegu i gdy występował silny wiatr. No, chyba, że mnie złapało w trakcie już trwającej przejażdżki. Wsiadłam więc na rower, za oknem +5, chmury ciemne jak dżinsy Wranglera, powiewy silnego wiatru i częściowo nawet padał śnieg – mimo iż normalnie w tej sytuacji z ociąganiem wzięłabym wpięła rower w trenażer i z samobójczymi myślami kręciłabym przez niespełna 3 godziny.
Szosa marzeń (przynajmniej na zdjęciu)
Szosa marzeń (przynajmniej na zdjęciu)
Tym razem wybrałam tereny znacznie bardziej bliższe, obfitujące w strome podjazdy (ulubione interwały;) ), które osiągają 10%, miejscami nawet pojawia się wskaźnik 15% ! Nogi piekły, a jakże, jeszcze długo po treningu czułam te procenty nachylenia, ale zwalczyć wroga trzeba jemu podobnym :)
Tym razem w ruch poszedł Szarak, z nowym siodełkiem, które na obecną chwilę sprawdza się całkiem wygodnie. Całkiem bardzo wygodnie.
Jednak siły woli nie starczyło mi na bardzo długo, bo do momentu aż zaczęły mi zamarzać dwa najważniejsze palce – kciuk od zmieniania biegów i palec wskazujący od hamowania. Skapitulowałam po ponad 1,5 godzinie, ale za to treściwie :)
Mam tylko nadzieję, że ów świetnie motywujący tekst zadziała na mnie nieco dłużej niż tylko na jeden trening, bo choć wiem, że nie jestem z cukru i się nie roztopię, to jednak z utęsknieniem czekam na te 30° upały :D
Baba na rowerze.