CK Przemyśl – wrażenia z rozdziewiczania Baby

239 Przeczytano

Pakowanie rozpoczęłam zbyt późno, bo koło 20-tej w piątek. I tak średnio do 4 rano ciągle przypominało mi się, co jeszcze muszę wpakować do torby. Zabrałam wszystko. W pierwszej kolejności kask i buty ;)

Pobudka 3:55, ciemno za oknem, co mnie lekko zdołowało. Założyłam pulsometr i położyłam się spać na 10 minut drzemki. Tętno spoczynkowe wyszło 59 ud/min, jak na zdenerwowanie przed pierwszą wielką niewiadomą i 5,5 godzinach snu – nieźle.

Wypiłam kawę, zjadłam lekkie śniadanie, przygotowałam kanapki i toaleta poranna. Ledwo wygramoliłam się z klatki schodowej obwieszona torbami niczym straganiarz :P do tego rower.

Chłopaki już czekali (wcale się nie spóźniłam!), więc załadowanie roweru na dach poszło migiem i ruszyliśmy 4:50. Im dalej zapuszczaliśmy się na wschód, tym bardziej prognozy pogody stawały się prawdopodobne ku mojej rozpaczy. Na miejscu zameldowaliśmy się gdzieś koło 9:20, z małymi trudnościami trafienia na miejsce imprezy. Organizator kompletnie nie pomyślał o oznaczeniu drogi dla przybyszów – pierwszy minus.

Taki był cały ranek
Taki był cały ranek

Odebraliśmy numery startowe, do których ustawiła się dość długa kolejka (opłacało się nie płacić wcześniej he he :P ), ale cała sprawa została załatwiona w czasie 20 minut.

Kolejka po numery startowe
Kolejka po numery startowe

Nadeszła pora na przebranie się, zdecydowanie czy jadę na krótko, z kurtką czy kamizelką… Uff jak to dobrze, że założyłam nogawki i nie dałam się omamić setkom gołych łydek, które mijałam później na rozgrzewce. Chłopakom grozi śmierć z ręki Baby, bo poradzili kamizelkę, choć chciałam wziąć kurtkę. OK, kamizelka była dobra, ale tylko do połowy wyścigu…

Gotowa, zwarta i zestresowana ;)
Gotowa, zwarta i zestresowana ;)

Rozgrzewkę zrobiłam wyjeżdżając kilka razy pod górkę, następnie ustawiłam się w ostatnim sektorze i ogarnęły mną czarne myśli kraks, na widok tylu kolarzy w tym sektorze. Jednak obeszło się bez krwi ;) Start nieco opóźniony, rzędu 3-4 minut, więc akceptowalny.

Po starcie tętno gwałtownie wzrosło do wartości ~180 ud/min i trzymało się przez jakiś czas, jak już w końcu wszyscy mnie wyprzedzili. Początek był szybki, bo z górki i po asfalcie, jednak już na 2,5 kilometrze (sic!) widziałam pierwszy defekt! Później kolejnych 5. Dla mnie ostra jazda zaczęła się, gdy nawierzchnia zmieniła się z polnej drogi na piaszczysto-błotną, dzięki czemu w głowie już miałam miliardy wizji swojej gleby, w każdym możliwym stylu ;) Psychicznie lewa noga gotowa była do wypięcia – na szczęście jednak obeszło się bez interwencji.

Dziewczyny, jest spoko, zapraszam ;)

Tętno unormowało się na granicy 165-175 ud/min – jest dobrze, pod górki jadę swoim tempem, nie narzucam sobie wysoko poprzeczki, jak niektórzy kolarze, których o dziwo nawet wyprzedzam ;) Ale żeby nie było tak różowo – i ja byłam wyprzedzana przez jakichś harpaganów – szacunek :)

W pewnym momencie drogi polne zostały zmienione na krótki, ale cudowny odcinek z singlami – coś pięknego, mówię Wam :) Choć nie dane mi było poczuć 100% płynięcia (dziewczyna, która była moją marchewką na kiju miała rower crossowy, wąskie opony na lekko śliskim podłożu odmawiały przyczepności – ale i tak brawa dla Niej za Mega na crossie! Pozdrawiam Cię!), ale sama lokalizacja i te kręte ścieżynki dotychczas znane jedynie z filmów i zdjęć… no cud-miód-i-orzeszki :)

Po upływie godziny zjadłam żelka, popiłam i miałam jakieś 5-10 minut tendencji spadkowej, chyba krew z nóg popłynęła do żołądka ;) W okolicach 20km zaczęło się najgorsze – opady deszczu, z początku nieśmiałe, z czasem coraz mocniejsze – choć ulewy nie było. Temperatura powoli spadała w dół, aby z 14° spaść do 4° co dało mi się odczuć na 4km przed metą, przedramiona i dłonie kompletnie mi skostniały, nie czułam nawet jak wciskałam kciukiem przerzutkę, coś strasznego – i tu właśnie kurtka byłaby nieoceniona. Choć warunki nie od razu uległy pogorszeniu, to ostatnie 12km jechałam z zasłoną dymną na okularach, w pewnym momencie polałam je izotonikiem z bidonu, ale poprawa była na chwilę, bo błoto spod kół szybko nadrobiło straty. Okulary cały czas parowały, zwłaszcza jak jechałam pod górę, co było bardzo irytujące dla mnie, ale ich przydatność wciąż jakimś cudem utrzymywała je na nosie. Błoto na twarzy nie było większym problemem, można raz na jakiś czas pobawić się naprawdę w Rambo, ale piasek w buzi to już była przesada. Było to na tyle niekomfortowe dla mnie, że prawie zaprzestałam picia i nie zjadłam drugiego żelka w 2 godzinie ścigania.

Baba próbuje dogonić chłopa. Udało się, ale później ;)

Piasek zmieszany z błotem siał straty w sprzętach zawodników, co rusz to mijałam kogoś naprawiającego zapchaną przerzutkę, zakładał łańcuch, który spadł z zębatek. W głowie jak mantrę powtarzałam „oby mi się nic nie urwało, oby mi się nic nie urwało„, jednak łańcuch z kasetą zaczęły wydawać donośne odgłosy chrupania, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę, jakby mi mało było niskiej temperatury, nie przestawałam jednak pedałować ale piętno łańcucha dotknęło i mnie – na szczęście była to krótka sprawa – szybkie zeskoczenie z roweru, wyciągnięcie łańcucha spomiędzy szprych i kasety i sru z powrotem na siodełko – 5 sekund! Jednak w głowie została już blokada przed włączeniem najlżejszego biegu. Na szczęście wzniesienia nie były aż tak strome, choć ciągnęły się dość długo.

No cóż, było z czego się myć ;)
No cóż, było z czego się myć ;)

39-ty kilometr, jestem już w domu, mocniej depczemy! Miłym zaskoczeniem dla mnie było, że do mety podjazd był krótki, gdyż sugerując się startem spodziewałam się podjazdu w ramach miłego zjazdu na starcie. Zmagania zakończyłam po 2 godzinach 40 minutach i 57 sekundach, 223 OPEN, MK m.10, MK1 m.5.

„szerokie” podium dla Baby!

Jestem zadowolona ze swojego startu, choć jechałam bardzo zachowawczo, powiedzmy, że na 70% możliwości. Dowodem na to jest brak zmęczenia powysiłkowego, a nawet brak bolesności powysiłkowej w nogach :) Myślę, że miałam szansę na nieco lepszy wynik o ~10min, jednak blokada psychiczna przeciwbłotna zrobiła swoje, plus zero widoczności przez okulary (które w końcu zdjęłam na ok.6km przed końcem), ale warunki mieliśmy wszyscy takie same!

Samosia w toi toiu ;)
Samosia w toi toiu ;)

Szkoda, że organizator nie zapewnił po jednym namiociku do przebierania się – zmienianie ubrań w toi-toiu nie należało ani do przyjemnych ani zgrabnych rzeczy. Już machnę ręką na prysznic, bo to luksus, którego się i tak nie spodziewałam. No i myjki dla rowerów – mam wrażenie, że były, tylko nie wiem gdzie? – niektóre rowery były czyściutkie (chyba, że to były rowery tych, co zdążyli przed deszczem?). Po przebraniu się, co zajęło mi chyba pół godziny w „miłych” okolicznościach przyrody śmierdzącego plastiku trzęsłam się z zimna przez 1,5 godziny. Nie mogło mi przejść. Po sprawdzeniu wyników postanowiliśmy z małym entuzjazmem zaczekać na rozdanie nagród (na 5 osób 2 dyplomy 5 i 6 miejsce oraz 1 miejsce ) przekonani, że będą o 16-tej, po czym okazało się, że o nastąpi to  o 17-tej… już mnie ścięło z nóg, następnym razem będę albo pić piwo albo kaprysić i głośno domagać powrotu ;)

Pan na ciekawym rowerze, tłumaczący zasady wskakiwania na ów bicykkl
Pan na ciekawym rowerze, tłumaczący zasady wskakiwania na ów bicykkl

Na zakończenie napiszę, że trasa była super, pogoda już nie, ale na nią nikt nie ma wpływu, więc nie wpłynie ona na ocenę całego wyścigu :) Rozdziewiczenie uznaję za wyjątkowo udane, zwłaszcza tutaj :D

Od bomby ratowały nas zrobione przeze mnie kulki mocy, na które przepis wyląduje tu niebawem (muszę sfocić proces produkcji ;) )

Kulki mocy!
Kulki mocy!

Najgorsze było po wyścigu, czyli pranie ciuchów, siebie i rumaka, zajęło mi to pół niedzieli, ale mam przynajmniej spokojne sumienie :)

Brudy się utleniają oksiakszynem.
Brudy się utleniają oksiakszynem.

Było fajnie. Super inauguracja, ale chyba jednak na przyszły sezon będę wybierać tylko te upalne starty, deszcz i niskie temperatury to nie moja bajka. Za dużo z tym roboty, zwłaszcza „po”. Gratuluję współtowarzyszom dobrych miejsc, organizatorom świetnej trasy.

Następny start już w nieco czystszych warunkach, 25.05 na Podhale Tour!

Dziękuję za Wasze kciuki i mam nadzieję na następne ;)

Baba na rowerze.