Podhale Tour, etap 1 – podsumowanie

with 2 komentarze

Podsumowań wczorajszego etapu nadszedł czas.

Dojechałam na miejsce z Grześkiem na rowerach, bo było blisko, byliśmy minutę lub dwie po 11-tej. Zaskoczył mnie widok długiej kolejki. Dlaczego ona taka długa, skoro przy stoliku było ok 4 osób?
Otóż, jedna osoba wydawała numerki, druga ładnie wyglądała, trzecia przyjmowała kasę a czwarta dawała kwitek do podpisania. Zbędne ceregiele. Przy 135 startujących (+nie wiem ile dzieci) stać 30 minut w kolejce to trochę przesada. Przy mnie brakło im zipów do przypięcia numerku na sztycę i obdarowali mnie … drutem.

Kolejne zaskoczenie – w regulaminie było napisane, że kaucja na numer startowy wynosi 10zl a w istocie wyniosła 20 zł, niby szkopuł, ale przejechałabym się gdybym wzięła tylko dyszkę ze sobą. Wzięliby się panowie do roboty i zmienili regulamin, który się nie zmienia od 3 lat, bo nie tylko ja jeżdżę z ograniczoną ilością pieniędzy na zawody.

Listę startową powieszono i tu kolejny gwóźdź programu, dostałam 6 miejsce od końca, co oznaczało tylko jedno – samotną jazdę bez znikającego punktu do gonienia i wjazd na metę jako ostatnia. Może komuś to różnicy nie robi, ale mnie tak. Za mało miałam ze sobą jedzenia i picia jak na dodatkową godzinę czekania. No cóż, mój błąd.

Dziewczyn startowało całe 10 sztuk, z czego 7 określanych przeze mnie jako zawodowcy, bo niektóre z nich mają licencję kolarską.

Czekanie wybiło mnie z rytmu, bo sami przyznacie, że wymaganie organizatora jakim jest stawienie się na miejscu najpóźniej o 11:30 jest lekką przesadą, zwłaszcza jak się ma wyznaczony start o 14:10.

Doczekałam się wreszcie swojej kolejki, do samego wyścigu nie ma się co czepiać, wiedziałam jak rozłożyć siły, mocno przejechałam dwie ściany, końcowe 6 hopek zabiło mój rytm i to chyba na nich najwięcej straciłam. Chciałam osiągnąć 1godz 30min, czas o 15 minut lepszy od zeszłorocznego, ale już przy 1godz 23min wiedziałam, że mi się ta sztuka nie uda, więc walczyłam o 1godz 35min, które zupełnie mnie nie usatysfakcjonowały, wręcz czuję niesmak i niezadowolenie.

Po nakarmieniu się lodem i opłukaniu mych włości wodą niegazowaną prosto ze sklepu ruszyliśmy z chłopakami na podbój bufetu. Chłopaki zrezygnowali na widok makaronu, ja postanowiłam wykorzystać talon. Brak smaku makaronu z pseudo sosem bolońskim doprowadził do wyrzucenia 2/3 porcji :/ (o posiłkach pisał już Marek Tyniec tutaj).
Poczekaliśmy tylko do wywieszenia wyników, sprawdziliśmy, zawiedliśmy się jeszcze mocniej (zwłaszcza Grzesiek i ja) i zabraliśmy się do domu. Droga płaska, idealna na rozjazd.

W pamięci mam swój pierwszy start w tej imprezie dwa lata temu, jak były one naprawdę prawdziwym ogórkiem i byłam jedną z dwóch dziewczyn. Na taką samą ilość startujących.
W ramach talonu była kiełbaska z grilla i 1,5 litrowy słodki napój gazowany, który w takich chwilach jest wybawieniem.

W roku następnym (2013) zapowiadając etapówkę, organizator wspomniał o kwocie, jaką uzyskali na nagrody po każdym etapie (wcześniej nagrody rzeczowe były tylko na końcu) i nagle zjechała się śmietanka zawodowa. Jak to powiedział znajomy: „straszna napinka na te czasówki” – mój komentarz zbędny. W sumie to podnosi rangę tych zawodów, z czego organizatorzy są bardzo dumni, bo nie jest to już zwyczajny ogórek a zawody dla niektórych idealne na niedzielne przetarcie.

Może powinnam wrzucić na luz i uczyć się na błędach, dawać z siebie więcej na treningach, ale im więcej daję, tym więcej tracę, nie dogonię przecież nikogo z licencją, z latami stażu ani na carbocackach mimo dużych chęci.

Do drugiego etapu zostało czasu niewiele, bo dwa tygodnie, więc liczę na równie mocną jazdę co na I etapie, większa przerwa na zdziałanie cudów jest między 2 a 3 etapem. Zobaczymy co czas nam pokaże.

Baba na rowerze.

PS.

Zdjęć nie ma, bo w ogórku dają dopiero po kilku dniach.

PS2.

Czy ja napisałam wyżej w „ogórku”? Przecież to PRO impreza :)