Piekielny weekend

with Brak komentarzy

Sobota, skrywany przed światem plan zawładnięcia świata z Trzech Koron powoli ulega realizacji. Niech to! Po to kupiłam buty, żeby w nich po górach połazić! Do tego nawet Chłop kupił specjalnie na to podbicie świata, więc lepszej okazji nie mogło być :)

To nic, że w niedzielę był drugi etap Podhala Tour, na którym przestało mi zależeć, pewnych poprzeczek nie przeskoczę – postanowiłam zatem skorzystać z pogody i innych czynników sprzyjających wyjściu w Pieniny.

Temperatura była dobra, koło 25 stopni w słońcu, nie za gorąco, mogłoby być nieco chłodniej ;) Rzuciło się nam całkiem przypadkiem dość mocne tempo jak na pierwsze wyjście w tak strome góry tego roku. Całą drogą nie było co podziwiać, bo szło się w przyjemnym cieniu drzew, czasami przebijały się jakieś sielskie widoczki, ale tak naprawdę najładniejsze były te za 5 złotych. Oto i one:

A tutaj jest zapis trasy – wyszło nam serduszko :) Później w gronie rodzinnym pierwszy ciepły, pyszny grill, dużo rozmów i super relaks :) Po powrocie prysznic z zimną wodą na nogi, w końcu na niedzielę zapowiadano upały, już samo to sprawia, że lekko nie ma!

Miło i przyjemnie spało się do 9:00, jako „VIP” mogłam sobie na to pozwolić – opłaciłam wszystkie cztery starty z góry, dzięki czemu mogłam zachować sobie numerek oraz możliwość telefonicznego udziału w zawodach.

No właśnie zadzwonić. Podali numer, na który dzwoniąc jedyne co się odzywa, to sekretarka po kilku sygnałach. No super, już blisko 11:00 a oni nie odbierają!!! Adrenalina skoczyła, więc szybko zadzwoniłam do mojego człowieka (dzięki Kaja :) ) i poprosiłam o wpisanie mnie na listę.

Brak profesjonalizmu.

Duży to komfort, gdy zjawiasz się idealnie przed startem, na tyle, żeby się nie zanudzić, pogadać i zrobić rozgrzewkę, na liście startowej tym razem byłam już 19-ta, więc spokój psychiczny zachowany ;) Mimo iż w czasie jazdy wiele osób mnie wyprzedzało, to nie przeszkadzało mi to, bo dzięki temu miałam cały czas nowe dania na widelcu, dzięki którym weryfikowałam swoją ślimaczą prędkość.

Upał, średnia temperatura w wyścigu 29,6 stopni celcjusza. Skwar powodował wyższe tętno nawet gdy się jechało normalnie. Weryfikacja mądrości odnośnie dnia poprzedzającego zawody nastąpiła dość szybko, bo po ok. 6 kilometrach od startu, gdzie zaczął się 5-cio kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 6%. Masakra. Czekałam tylko na TEN ZAKRĘT, który zwiastował koniec tej mozolnej wspinaczki, gdy się go doczekałam, wyjęłam pierwszy żelek, popatrzyłam na czas i już wiedziałam, że pokonałam górkę o 2 minuty szybciej niż podczas czwartkowego objazdu w duuużo chłodniejszej pogodzie. Krótki zjazd i piłowania ciąg dalszy. Byle do zjazdu, na którym podczas objazdu zrobiłam QOM ;) QOM zostało zachowane, przynajmniej na te udokumentowane na Stravie :) Nadeszła pora na TEN podjazd, męka pańska x 100 w tej temperaturze, gdzie średnie nachylenie wynosiło 10%, którego się nie pamięta, za to pamięta się to zbliżone do 20% nachylenie. Nie ukrywam, że miałam myśli o wypięciu się z pedałów i pokonaniu tego z podjazdu z buta, jednak widok starszego pana, który to robił sprawił, że postanowiłam nie być taka miętka, w końcu jestem dużo młodsza i powinnam podołać. Udało się, na wypłaszczeniu był czas na zjedzenie drugiej połowy żela i wypicie wody, bo później już tylko mój ulubiony, szybki i dość długi zjazd. Na hopki znalazłam również sposób – nie zrzucanie z blatu (oprócz dwóch hopek, które były zbyt długie) i pracowanie po maksymalnym skosie na łańcuchu. To było to! Super powera może mi to nie dało, ale nie wybijało mnie to z rytmu, jak 2 tygodnie temu przy nieumiejętnemu zmienianiu przełożeń. Ostatnie jak się okazało prawie 7km zamiast 5,5km to w moim wykonaniu klasyczny „sprint”, na którym wypruwałam swoje flaki, żeby choć trochę nadrobić. Uff.

Udało mi się nie zrobić wstydu i zejść poniżej 2 godzin. Demonem szybkości nie jestem, ale z tego startu jestem bardziej zadowolona niż z ostatniego, może dlatego, że ten pierwszy weryfikował moje miejsce w szeregu. Wyprzedziłam na pewno 4 osoby, więc ostatnia być nie mogłam ;)

Po doprowadzeniu się do ładu i składu (rozjazd+przebranie się), co łatwe nie było z powodu braku takiego miejsca i umiejscowieniu parkingu na świeżo skoszonej łące (kto choć raz zbierał siano, ten wie o czym mówię :P) udałam się na zaspokojenie straconych 1400kcal na posiłku. Jakże ucieszyła mnie możliwość zjedzenia kiełbaskopodobnej kiełbachy zamiast tego makaronu, który nie przypadł mi do gustu :)

„Kiełbaska” :)

Po wywieszeniu wyników OPEN pożegnałam się z towarzystwem i pojechałam do domu i tak skończył się mój aktywny weekend. Wyniki sprawdziłam później w domu, do najlepszej wciąż mi brakuje lat świetlnych i trochę lepszego sprzętu, Kajka za to spisała się na medal :) (3 m-ce) i udałam się po kolejnym zimnym prysznicu na koncert na rynku :)

Oto dane ze stravy z wyścigu, następny wyścig za miesiąc, jest czas na poprawę swoich wyników :)

Ogólnie uważam, że większych wpadek nie ma, ale moim osobistym odczuciem mam wrażenie, że organizacja medialna z roku na roku jest coraz gorsza. Słabe zapowiedzi, jedynie co im sprawnie idzie, to wstawienie wyników do sieci. Pozostałe dziedziny (fp, strona www) kuleją i to strasznie.

Baba na rowerze.