Dzień kompletnego nic nie robienia

15 Przeczytano

Ludzie za wszelką cenę dążą do tego, aby w każdej wolnej chwili odhaczyć jakieś super zadanie, którym pochwalą się znajomym w pracy. Najchętniej korzystają z przywilejów długich weekendów,gdzie urlopu marnuje się niewiele albo wcale. I nie ma w tym zupełnie nic złego, chyba, że jest to jakiś niechlubny czyn w postaci wyżłopania kilkudziesięciu piw w ciągu 3 dni.

A co, jeśli ktoś nie skorzysta koniecznie aktywnie z przedłużonego na siłę długiego weekendu?

Nic.

Ten wolny czwartek, który miało 80% społeczeństwa polskiego spędziłam na nicnierobieniu i wcale się tego nie wstydzę, ani tym bardziej nie zazdroszczę nikomu strzelonych grubych kilometrów w ciągu tego dnia (gratuluję i czapki z głów!). Czwartkowy plan odrobiłam w środę, gdyż w moim poniekąd tradycyjnym umyśle trenować w takie święto trochę nie przystoi, więc  zajęłam się pełnym relaksem przy sprzyjającej pogodzie.

Leżakowanie czynne

Leżałam na leżaku, pilnowałam ognia na grillu, jadłam, piłam w gronie najbliższych i psa. I chłonęłam chwilę w całej swojej prostocie bez udziwniania.

Wystarczył jeden dzień, dosłownie jeden, abym odpoczęła od planów, musiów*, rekordów czy podbijania kolejnych okolicznych szczytów. To jest cudowne uczucie, które zdaje się zatraciliśmy jako ludzie pędząc do przodu, nie wiadomo gdzie, aby nadrobić stracony czas w pracy (z czegoś trzeba wyżyć) czy na okołotygodniowym lenistwie.

Co prawda, w piątek nie miałam i tak ochoty wstać w środku nocy o 6:10 do pracy, niemniej jednak było mi jakoś lżej, milej w środku i łatwiej zniosłam trudy dnia dorosłego.

Pytanie na koniec postawię, na które warto sobie odpowiedzieć samemu, zdaję sobie bowiem sprawę, że nie każdy ma możliwość wyrwać się od obowiązków w weekend -zatem…

 czy warto łamać kolejne rekordy w imię całkowitego odpoczynku raz na jakiś czas?

Baba na rowerze.

*muszę to, muszę tamto, liczba mnoga: musie ;)