Wróciłem z g(dz)iro – relacja z CK w Polańczyku

with 5 komentarzy

Wczesna pobudka, bo już 4:50, zjadłam śniadanie i pojechałam na miejsce zbiórki. Byłam za wcześnie a i tak wyruszyliśmy później o dobre 20 minut. Tematy do rozmów się nie kończyły a i tak najfajniejszy był kawał, który zaserwował nam Buła a którego nie da się napisać, bo traci wtedy ze śmieszności.

Na miejsce dojechaliśmy o 9:30, i od razu zabraliśmy się do przygotowań.
Pogoda znów nie zapowiadała się dobrze, jednak po dotarciu na miejsce zostałam przekonana przez towarzyszy do ubrania się na krótko. Nie powiem, chłodno było i nie podobał mi się ten pomysł, ale postanowiłam zaufać bardziej doświadczonym zawodnikom :)
Impreza zlokalizowana była w dobrym miejscu, niedaleko jeziora Solińskiego, grał DJ były kiełbaski i sporo ludzi nie związanych z imprezą. Festyn pełną parą :)

Chciało się zostać na dłużej... Solina!
Chciało się zostać na dłużej… Solina!

Po starcie był ten fatalny szuter (50m), czy jak go tam nazwać, który sprawił, że na wszelki wypadek jechałam z jednym butem wypiętym (widać na 52-53 sekundzie filmiku ze startu).

Już na (uwaga!) 470 metrze od mety była mini kraksa (asfalt) a ja jako, że jechałam z tyłu, ciasnoty nie zaznałam a ów incydent spowodowany był czyjąś nieuwagą. Skończył się asfalt i zaczęło się weryfikowanie umiejętności technicznych „peletonu”, które okazały się nie być zbyt dobre, bo szybko utworzył się korek, na którym mam wrażenie straciłam ~10min. Do tego dostałam ataku śmiechu na widok gleby jednej pani (Danka Jendrichovska – pozdravujem :) ) wprost do kałuży (wiem, to było chamskie z mojej strony, ale nie mogłam tego opanować) a później pani podsycała moją śmiechawkę dźwiękami wydawanymi za każdym razem gdy tylko traciła przyczepność (a traciła ją często) lub ze strachu na widok zabłoconego rowku czy dziury. Brzuch mnie bolał ze śmiechu i koniecznie chciałam panią wyprzedzić, bo już mi było głupio, ale niestety nie pozwoliła mi na to przez ok.2km.

Opis trasy, który był dostępny na stronie CK był nie trafiony z odległościami, o czym przekonałam się jak zaczynałam zjazd będąc przygotowana na „straszną górę”, której to profil straszył w sieci.

Profil trasy nie był zgodny z moją ściągą. Po pierwszej górze, która była 2km wcześniej musiałam liczyć i kalkulować wszystko od nowa

No cóż, pierwsza hopka poszła gładko ;) Ów zjazd, do następnej hopki długo, ale to bardzo długo jechałam sama i miałam już myśli o pomyleniu trasy. Na szczęście byłam w błędzie. Próbował mnie wyprzedzić „Zielarski” (pozdrawiam :) ), podczas gdy uzupełniałam węgle, ale spięłam się i siadłam mu na koło. Nie wiem czy to coś dało, ale mniej mi przynajmniej wiało. „Zielarski” był mocniejszy ode mnie na płaskim i z góry (a zapewniam Was, że wolno nie zjeżdżałam, starałam się nie hamować), ja zawsze doganiałam go (nie celowo) pod górę. I tak oto przejechaliśmy 1/2 trasy.

Turlałam się już tylko myślą o mecie za kilkaset metrów… (fot. Wiktor Bubniak)

Wątpliwości dopadły mnie na 30km, gdzie to już miałam ochotę zejść z roweru a w myślach mówiłam sobie, że wali mnie generalka, następny CK jadę hobby. Paradoksalnie chyba właśnie na 30km były takie widoki i taka dzicz, że chciało się zrobić przerwę na oddech. Droga, którą jechaliśmy na szczęście została wydeptana przez czołówkę, gdyż trawa była równie dzika (wysoka na ok. 1 metr) i nie widziałam po czym jadę. Nie było widać rowów, dziur ani środka drogi. Nie widziałam też długo żadnych dziewczyn, więc zaczęłam szacować w myślach moje miejsce w stawce. Żadna mnie na trasie nie wyprzedziła (chyba, że na starcie) a ja zostawiłam za sobą 2 dziewczyny. Czas uciekał, właściwie to ostatnie 10km turlalam się tylko siłą woli a gdy wybiła 3 godzina jazdy, wyzionęłam ducha, na dodatek, aby dobić Babę – na swoje nieszczęście zobaczyłam „Gomolkę” (Izabelę Sekulską) przed sobą i postanowiłam wykrzesać z siebie ostatnie siły i na technicznym podjeździe w lesie jakoś udało mi się ją wyprzedzić. Na mecie sprawdziłam czasy i wlepiłam jej niecałą minutę. Jestem z siebie dumna ;) Trasa kończyła się w najgorszy dla mnie sposób, bo podjazdem i szutrowym zjazdem, gdzie trzeba było się tylko nie zabić i nie było mowy o żadnym ataku. Na szczęście nie przestrzeliłam zakrętu i zakończyłam zmagania po 3 godzinach  11minutach i 15 sekundach.

Meta już blisko :) (fot: Kasia Gawlik)

Oznakowanie trasy było dobre, choć było kilka miejsc na które narzekali WSZYSCY uczestnicy, niektórzy strażacy, którzy pilnowali drogi zamiast wskazać nam kierunek jazdy, stali i patrzyli na nas jak na zwierzęta w zoo. Przeszkadzały mi również zwisające taśmy z gałęzi drzew, które były po prostu za DŁUGIE i dzięki mojej bujnej wyobraźni 2-3 razy wjechałabym w krzaki (wizja: taśma zaplątuje mi się w kask lub koło). Za to obsluga bufetu perfekcyjnie podawała kubki z napojami oraz banany/pomarańcze – mam na myśli małe straty napoi z kubków ;)

Tym razem myjki mi nie umknęły, bo po przekroczeniu linii mety dosłownie można było się potknąć na 3 z nich i od razu stanęłam w kolejce do jednej z nich, zwłaszcza że byli tam „moi ludzie”.

„Moi ludzie” i minki, którą utrzymałam tylko ja :P

Widoki… gdyby był czas na ich podziwianie to jechałabym 5 godzin. 52 (właściwie to 48km) cudowne kilometry, które jak podkreślał organizator były zrobione z myślą abyśmy tu wrócili i poznali historyczną wartość wielu miejsc. Szkoda, że tak mało było fotoreporterów w najpiękniejszych miejscach.

Pierwsze wrażenia z jazdy na mecie były słabe, jechałam wręcz za długo o te 10 minut, nie ukrywam, że uzyskany czas mnie zdołował zwłaszcza przy konfrontacji czasu z Magdą (21min). Pomiar czasu timedo szybko jednak rozwiał moje wątpliwości i sprawił ogromną radość wiadomością o zajętym miejscu :) Do najlepszej straciłam 31min OPEN, w kategorii 25 min. Najwięcej satysfakcji sprawiło mi miejsce OPEN w porównaniu do Przemyśla zajęłam 7 miejsce w stosunku do 10.

Bieszczadzkie wilki :) (fot.Wiktor Bubniak)

Pogoda jako, że była znośna oraz towarzystwo i Eskulap uprzyjemniło chwile czekania na dekorację. A propos „plotek” – Strzyżów podobno był najtrudniejszy technicznie, nie wiem bo nie byłam, ale dla mnie trasa w Polańczyku była dużo trudniejsza mimo lepszych warunków niż w Przemyślu. Boję się myśleć w takim razie, co będzie na następnym moim starcie w CK.

Piwo prosto z Bieszczad. Dobry stout

Dużo muszę jeszcze błota zjeść, zanim nauczę się szybciej jeździć ;)

Zaciesz :D (fot. Renkaw)
Zaciesz :D (fot. Renkaw)

Serdecznie gratuluję wszystkim przejechania maratonu,

Baba na rowerze