4.etap Podhale Tour – podsumowanie

with Brak komentarzy

Wiedziałam już, że to nie mój dzień jak tylko otworzyłam oczy. Ból karku (kiedy i gdzie mnie przewiało? Tego nie wie nikt) + ból głowy (to na pogodę). Zjadłam śniadanie, zasiedziałam się przed kompem i później na szybciaka musiałam lecieć na umówione miejsce zbiórki, bo numeracje bloków mnie przerastają ;)

Po dotarciu na miejsce w zasadzie to nie zdążyłam zrobić porządnej rozgrzewki, bo w N. Targu upalna pogoda, w sam raz na plażowanie w Spytkowicach zaś przyszła burza i to konkretna. A przyszła kilka minut po starcie pierwszego zawodnika.

Ulewa w Spytkowicach

Nie ukrywam, że nie uśmiechało mi się jechać w burzy. Nie jestem aż takim ryzykantem, do tego nie wzięłam opaski ze sobą, w końcu w domu był upał. Mój start był wyznaczony na 39min 55sek po liderze, więc miałam nadzieję, że przestanie padać przed moim startem. Nadzieja okazała się trafna.

Zaskoczona, że startuję sekundę po poprzednim zawodniku jeszcze uśmiechnięta… (fot.Oliwia Kopeć)

Ale co się odwlecze to nie uciecze…

Wystartowałam mocno, za mocno. Po 5km moja średnia wyniosła ~39km/h (było lekko z górki) a ja zaczęłam tracić siły. Pierwszy podjazd a ja już na małej zębatce… Porażka. Ból głowy dał o sobie znać i piszczeli (postanowiłam sobie trenować technikę pedałowania dzień wcześniej) i od tej pory włączyłam tryb wycieczka. Zaczęło się robić coraz ciemniej i chłodniej, nie ulegało wątpliwości, że dopadnie mnie deszcz, pytanie tylko w którym momencie trasy. Kultowy podjaździk w Załucznem miałam zrobić z buta, ale nadjechała Mary Hajnos-Małecka i stwierdziłam, że co to, to nie, przy niej się nie będę kompromitować. Dysząc jak lokomotywa wyjechałam. To dodało mi trochę skrzydeł, gdyż wcześniejszy podjazd pod Bielankę (4-5%) jechałam na tym samym trybie, co mnie podłamało. Złapała mnie ulewa w Podszklu. Tak mocna, że zanim do mnie dotarła, widziałam mgłę z odbijających się kropli deszczu od drogi 20m przede mną i uciekających ludzi do samochodu. Dojadę do wypłaszczenia, inaczej nie ruszę powiedziałam sobie w duchu i wykonałam plan. Mała przerwa techniczna – musiałam schować aparaty słuchowe do woreczka z telefonem – skutek zapomnianej buffki. Od tej pory jechałam przygłuchawa, nie wiedząc czy grzmi burza czy to wiatr w uszach a może nadjeżdżający samochód. Gdy nastała 1godzina i 31minuta wyścigu (mojego czasu) czas zaczął niemiłosiernie się dłużyć, jakby chciał sprawić abym mogła ujechać jak największy dystans w ciągu kolejnej minuty. Nic z tego. Wciąż lało. Buty nagle zaczęły ważyć tonę, woda w nich chlupała a do ramy roweru chyba wlało się 10l wody. Zamiast siedemdziesiąt kilka kilogramów sportu jechało jakieś 100. Po kolejnych 10min dojechałam jakiegoś młodego chłopaka, wyprzedziłam go pod górkę, miał wyraźną bombę ale dojechał mnie na płaskim odcinku. Nie na długo ]:-> Następna płaska hopka, znów go wyprzedziłam, nie pamiętam czy już do końca nie oddałam prowadzenia, czy jeszcze dwa razy żeśmy się zmieniali rolami. Wiem natomiast, że ponoć brakowało mu z 300m płaskiego aby mnie dojść. Sam mi to powiedział ;)

Nie widać, żebym była jakoś szczęśliwa… (fot.: Robert Kowalcze)

Meta usytuowana była 200m pod górkę, zupełnie nie pode mnie. Ledwo nogami przewracałam, a końcowy stromy odcinek chciałam podjechać na stojąco ale tylne koło mi zabuksowało. Prostest został uznany i przeniosłam środek ciężkości na tył i kopłam korbą kilka razy i META.

Jak ktoś znajdzie oznaki radości, to daję mu oliwkę shitmano :P (fot.Oliwia Kopeć)

Jechałam STRASZNIE długie 2 godziny i prawie minutę. Zdecydowanie za długo o jakieś 10minut. Jednak tak bardzo się cieszę, że to już koniec. Kompletnie nie odpowiada mi specyfika tego terenu, więc z wielkim bólem wymęczyłam te 4 etapy :)

Żurek zjadłam w mokrych ciuchach, poszłam się przebrać w letnie ubranie i obawiałam się, że zmarznę, ale nie było tak źle, zaczęło się robić ładnie. Po chyba 2 godzinach oczekiwania doczekałam się dekoracji. Za męczenie się na PT (K-1 5/5 miejsce) dostałam taką nagrodę:

Nagroda rzeczowa i dyplom :)

Czy warto było? Nie wiem, ocenić mi to przyjdzie pewnie w zimie, przy ciepłej herbatce, gdzie będę wspominać upalne zawody. Na obecną chwilę po prostu się cieszę, że jedne zawody mam z głowy :) Wszystkim wygranym gratuluję miejsc, a wszystkim przegranym (czyli m.in. sobie ;) ) gratuluję przejechania tej etapówki!

Baba na rowerze.