Ściana, borówkowe i brejowe single – relacja z CK w Wierchomli

159 Przeczytano
Jak większość z Was się orientuje, w niedzielę miałam kolejny start w Cyklokarpatach. Tym razem przypadło na Wierchomlę, którą gdzieś kiedyś postraszono mnie, że jest trudna. Oto moje wrażenia:
Suche fakty:
  • 3 miejsce w kategorii K1
  • 6 miejsce w kategorii MKOpen
  • dobra, wręcz świetna trasa – do momentu…
  • warunki na duktach – faktycznie pogodoodporne
  • małe porcje makaronu (właściwie to śmiesznie małe)
  • na 36km dołożyli bufet
  • nie wycięte pojedyncze drzewa leżące w poprzek trasy
  • tylko 2 myjki
  • ciepłe prysznice
Zawody w Wierchomli były stosunkowo blisko, na miejscu byliśmy już po 1 godzinie i 20 minutach podróży, nawet tyłki nie zdążyły nas rozboleć. Idealnie dużo czasu, aby spokojnie się przygotować i nawet rozgrzać. Pogoda nie nastrajała optymistycznie i wahałam się do ostatniej chwili co na siebie włożyć i padło na koszulkę z długim rękawem i niewiadomym działaniu (ni to chłodzi, ni to grzeje). Zrobiłam sobie rozgrzewkę około 20 minutową i zmartwiły mnie te cholerne drewniaki. Nic a nic się nie poluzowały. Na szczęście później okazało się, że nie jest tak źle.
Start lekko po 11:00, szybkie 2km po asfalcie wprost w ramiona siedmiokilometrowego podjazdu.
Początek przygody. (fot.: W.Bubniak)
Jak zwykle jechałam z ostatniego sektora a szaleńca prędkość peletonu na rowerach górskich nie wiedzieć czemu strasznie mnie przeraża (może dlatego, że ostatnie 2 starty widziałam kraksy?) więc jechałam tak, aby w moim sąsiedztwie nie było żadnego narwanego i dziwnie kiwającego się zawodnika i wjechałam powoli w teren. Na pierwszych metrach kolejnych narwanych mnie wyprzedziło a ja obrałam moją wypróbowaną metodę – równa kadencja, nie patrzeć na wyprzedzających i pilnowanie czasu picia/jedzenia. Jak to zwykle bywa, wyprzedzałam swoim równym-ale-wolnym tempem pod górę a najbardziej mnie dziwiły i bawiły sytuacje, gdzie ludzie schodzili z rowerów w miejscu, gdzie stromizna jest około metrowa. Pierwszą górkę wyjechałam chyba w 50 minut (albo i więcej), próbowałam podkręcić prędkość na tym pozornym wypłaszczeniu, który w istocie okazał się takim małym interwałem. Cały czas jechałam w środku stawki (tej końcowej oczywiście), co opisałabym następująco: za mocna dla ostatniej grupki, za słaba dla przedostatniej ;). Różnicą było to, że nie słyszałam nikogo jadącego za mną a przede mną akcja działa się na podjazdach, na zjazdach mi uciekali panowie :P
Wraz z wypłaszczeniem się terenu ale przed zjazdem, pojawiły się poprzeczne kałuże błotne, nieco rozjechane przez czołówkę. Zjazd za to był cudowny (pierwszy i drugi) po gładkim dukcie, miejscami zaszutrzony, ale równy, co nie męczyło ani nóg ani rąk.
Cudowny „flow” po równym zjeździe :) (fot.:W.Bubniak)
Pierwszy bufet – nie skorzystałam, pognałam do drugiej górki. Zanim na nią wjechałam, nie wiem jak to się stało, ale przegapiłam napis na drodze, który kierował na Mega/Giga i się pytałam strażaków, gdzie jest skręt i mnie zignorowali, więc pojechałam prosto w stronę mety i się tam zapytałam, uzyskałam odpowiedź i musiałam zawracać. Oberwało się ode mnie epitetami tym strażakom.
No cóż.
Na drugim podjeździe zaczęło mnie boleć siedzenie, ponieważ było strasznie równe podłoże i tyłek mi się wręcz wbił w siodło (albo odwrotnie) i bolało niesamowicie. Czasami próbowałam jechać na stojąco. Strategia ta sama, dzięki której urwałam ze 2 albo 3 kolesi. Znowu cudny zjazd, miejscami trudny ale głównie po tych duktach. Cud miód. Zamieniłam miejscami bidony i po 2 godzinach 15 minutach zjadłam drugiego żela.
I zaczęło się.
To, co ukazało się moim oczom, spełniło moje obawy, którymi  się podzieliłam na fp. PODEJŚCIE pod wyciąg. Wszyscy się dosłownie turlali z nogi na nogę, pieszo pchając rowery pod nachylenie może 20% przez chyba 1,5km. To było coś strasznego. Jadąc na maraton spodziewam się spędzić nie więcej niż 5-10 minut na pieszo, reszta ma być przejechana na rowerze! Nienawidzę podejść dłuższych niż 20m, bo moje nogi wtedy cierpią, łydki są zbyt mocno rozciągane i później nie mogę znaleźć rytmu. A tutaj, to był taki kombos moich nienawiści. Nie wiem ile tam straciłam, ale chyba z 30 minut (edycja) 46 !!!!! minut. Ale i to złe się kiedyś kończy. Cały czas mierzyłam jednak w danie główne, czyli objechanie Izy Sekulskiej z Gomoli, która ni z gruszki ni z pietruszki pojawiła się na horyzoncie. Nawet mi się udało, spróbowałam zagaić, ale spotkało mnie albo milczenie albo mruknięcie. Pomyślałam sobie, że może muzyki słucha.
Nastąpił drugi beznadziejny akt sztuki z Wierchomli.
Organizator dołożył jakieś pseudo single, które były tak wąskie i prowadzone początkowo w krzakach borówek, charatało to nogi i łatwo było zahaczyć o grubszą gałąź. W pamięci miałam zdjęcia wstawione kilka dni wcześniej na fp CK, ale to, co zobaczyłam, zanim dojechałam do miejsca ze zdjęć przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Można określić ją jednym słowem : breja. Błoto z trawy rozjechane przez czołówkę uniemożliwiało normalną jazdę, do tego gorszym utrudnieniem od nauki balansu ciałem były powalone drzewa, przez które trzeba było przenosić rowery. Duży niesmak – nie dało się tych drzew przestawić albo wyciąć jak przy Bacówce? Duży minus. Próbowałam zagaić poraz drugi do Gomoli, ale już wiem, że wielkiej przyjaźni z tego nie będzie. No cóż, niektórym rywalizacja nie pozwala się dzielić wrażeniami :D Dojechałam do kolejnej dziewczyny, którą widziałam na starcie i ją objechałam, ale zaczął się trzeci akt strasznej brei, połączony z kamieniami. STRA-SZNE. Do pewnego momentu jeszcze jechałam, ale nagle myk-myk i milcząca gomola pojechała po swoje, choć też gracji w tym nie było, chyba raczej więcej szczęścia, podobnie jak u mnie. Jednak po kilkukrotnym wytrzęsieniu mózgu zaczęłam tracić obraz i postanowiłam „iść” na piechotę. To moje schodzenie to raczej przypominało bardziej MoonDance M.Jacksona niż lot baby na miotle, ale zostałam pospieszona widokiem za plecami Dagmary z Essentia Vitae. Ryzyk-fizyk- przyspieszyłam a na widok drewnianej kładki o mało się ze szczęścia nie popłakałam ;)
No to turlam się do mety, oglądam się, a tu Dagmara kurde próbuje mnie złapać. No to dałam dyla. Dylałam, dylałam aż w końcu ból w nogach na tym ciężkim od błota rowerze był nie do zniesienia, odwróciłam się i powiedziałam jej: jeeeedź, ja już nie mogę :) Dołożyła mi ~30sekund. Okazało się później pod prysznicem, że to nie moja kategoria :P Głupi to ma zawsze szczęście :)
Pora umyć rower. KOLEJKA, która nie przesuwała się ani o krok. Pogadałam sobie ze Stachem, kolejka wciąż stoi, postanowiłam jednak stanąć w niej. Były tylko dwie myjki a ta wierchomlańska breja nie chciała schodzić z rowerów, więc czas oczekiwania był niebotycznie, wręcz absurdalnie długi. Czekałam chyba 40minut. Chłopaki z teamu narobili mi ochoty na prysznic, więc umyłam tylko buty pod myjką, zabrałam ciuchy i sru, pod ciepłą wodę. Ooooch co za cudowne uczucie :)
Nieco udobruchana prysznicem z gorącą wodą poszłam po swoje koryto makaronu, do którego też była kolejka (co za dzień :-o ) a porcja, jaką uraczyła mnie pani, była taka, że zastanawiałam się, czy się nie rozpłakać i nie wziąć jej na litość. Toż to był aperitif a nie żarcie po niemal 4 godzinach ścigania się! Pierwszy raz taka sytuacja. Następnym razem wezmę kilo kabanosa, żeby się nie strawić od środka z głodu.
Wyścig ogólnie uznaję za udany, ale trasa, którą sobie organizator wymyślił od 33km to była jedna wielka kpina. Stromizna, po której nawet turyści wolą zejść, niż ją podejść i te pseudo single w borówkach, brei i po telewizorach 14″*. Nie podobało mi się to, nawet nie o trudność chodzi, co o sens. Po prostu w porównaniu do poprzedniej części trasy pasowało to jak koziej dupie trąbka. Nie potrzebnie tylko przedłużało to wyścig.
 
Zmagania skończyłam po 3 godzinach 49minutach, co pozwoliło mi zająć 6 miejsce w kategorii MKOpen oraz 3 miejsce w Kategorii MK1 :)
Podium :) (fot.W.Bubniak)

Baba na rowerze.

* telewizory – w języku endurowców i im podobnych są to kamienie po których z wielkim umiłowaniem jeżdżą na swoich fullach.