Sanockie błoto i Babska niemoc

144 Przeczytano

Kolejnym punktem programu pt. „Plany na sezon 2014” był start w kolejnej edycji Cyklokarpat w Sanoku. Tym razem była pobudka w środku nocy i ponad 3 godziny jazdy w jedną stronę. Jadąc w wesołym busie myślałam sobie, że te długie podróże i wczesne pobudki nawet nie odbijają się jakoś mocno na mojej dyspozycji na maratonie.

Miasteczko zawodów usytuowano przy Arenie Sanok, co było dobrym pomysłem, był „prawdziwy” parking, toalety i prysznice ;)
Pomijając kolizję, w której brałam udział dwa dni przed startem, wpadł mi również w kalendarz okres, więc wiedziałam, że sobotni wyścig tak naprawdę będzie wycieczką. Bardzo skromne, wręcz brak informacji o trasie był nieco zbijający z tropu, zwłaszcza dla osób takich jak ja – jadących pierwszy raz. Na forum przekonałam się, że będzie błoto, dużo błota i nic więcej. Nikt nie był w stanie dać ilości przewyższeń, gdzie usytuowane będą bufety – NIC.
Tutaj ogromny minus dla organizatora – to było naprawdę kiepskie. Niektórzy również skarżyli się na słabe oznakowanie trasy zwłaszcza na końcówce, przyznam się, że miałam chwile zwątpienia, ale ogólnie nie miałam żadnych problemów.

Zrobiłam małą rozgrzewkę, pogoda była słoneczna, gdzieś w okolicach 25 stopni, ale było też parno. Ustawiwszy się jak zwykle w ostatnim sektorze (było wyjątkowo mało startujących, nawet nie było 140 osób!), po zdjęciu taśmy dojechałam prawie do Magdy. Po przekroczeniu startu dosięgły mnie krople święconej wody i… opadłam z sił ;) Poszło mocne tempo od samego początku, a ja rozkręcam się z reguły dopiero na końcu, więc jechałam na szarym końcu peletonu (dosłownie),

Jazda przez skansen (fot. W.Bubniak)
Jazda przez skansen (fot. W.Bubniak)

do tego w głowie miałam ogromną blokadę, żeby nie ryzykować bo noga boli zwłaszcza w jakimś kontakcie. Obkleiłam bok łydki aplikacją przeciwobrzękową na to dołożyłam opatrunek kompresyjny z bandaża elastycznego, aby zminimalizować drgania mięśnia. To był dobry pomysł.

Opaska / skarpeta kompresyjna za mniej niż 10zł :)
Opaska / skarpeta kompresyjna za mniej niż 10zł :) (fot.P.Grzebień)

Jednak pierwsze 8-10 km jechałam naprawdę zachowawczo, ze względu na podłoże, które było gliniaste, a więc mocno zdradliwe przy nerwowym zachowaniu się. Niby suche, ale jak mocniej depniesz to nagle robi się błoto. Standardowo ci, którzy pchali się na 4 kilometrowym sprincie pod pierwszą górkę już nie mieli sił i pchali rowery – ja jechałam, bo było sucho, a więc dało się podjechać. Momentami było dość stromo, przednie koło lewitowało,

Przyznam się bez bicia, że nie pamiętam w którym to było momencie. Ale syfne błoto widać jak na dłoni!
Przyznam się bez bicia, że nie pamiętam w którym to było momencie. Ale syfne błoto widać jak na dłoni! (fot. B.Dominiak)

więc przeczulona też schodziłam z roweru, ale chyba muszę popracować nad tym nieodłącznym zdaje się elementem zawodów – pora zwiększyć tempo podchodzenia z rowerem, ponieważ obecnie wychodzi mi to dość ślimaczo.

Lekko, bo lekko ale złapałam się w kadr - tu jeszcze obok Magdy :)
Lekko, bo lekko ale złapałam się w kadr – tu jeszcze obok Magdy :) (fot. P.Grzebień)

Co się działo później, to nie pamiętam, ale koszmar nastąpił po pierwszym chyba odcinku na asfalcie, gdzie drogę leśną przerywały ogromne, paskudne kałuże gliniasto-błotne. Nienawidziłam tańczącego Ralpha, którego mam na tyle, zupełnie nie miał przyczepności, za co oberwał takie epitety z moich ust, że pozwolicie, iż ich nie przytoczę :) Masakra. Wlokłam się przez ten odcinek chyba dobę, nie opłacało się wsiadać na rower, bo trzeba było zejść przed tym czymś, aby nie zaliczyć upadku do błota. Nawet później jadąc z górki opony wciąż miały na sobie mnóstwo błota. Nie ukrywam, że miałam mały kryzys i miałam ochotę się wycofać, zwaliłabym na nogę ;)
Później kolejny asfalt, skręt w lewo pod dość stromą, ale suchą górę, której początek podjechałam, fragment pchałam, gdzie było za stromo i jak nastąpiło wypłaszczenie – jechałam – zawsze to szybciej mi wychodzi niż pchanie roweru :) Na początku tego odcinka stały dzieciaki i mocno dopingowały bohaterów maratonu, ja jednak zapamiętałam chłopca, który rozwalił mnie pytaniem:

chcesz gumę za piątkę?

:D Niestety, musiałam odmówić temu małemu przedsiębiorcy :D

Najlepsza kibicka - a owzsem, mnie też dopingowała :) (fot. W.Bubniak)
Najlepsza kibicka – a owszem, mnie też dopingowała :) (fot. W.Bubniak)

Następnie co pamiętam, to już nieco lepsza trasa, którą rozbabrali mi przejeżdżający motorzyści na motorach crossowych. Najpierw trzech, po 15minutach jeszcze dwóch. Niezbyt to fajne było, aby nie wpaść gdziekolwiek – musiałam ich przepuścić a później jechać po tym brejowisku, które zostawili za sobą. Później nastąpiły single, których tylko niewielki odcinek sprawił mi frajdę, pozostała część była dla mojej psychiki na zbyt pochylonym, gliniastym podłożu. Niektóre niby strome, ale krótkie zjazdy zjeżdżałam, niektóre sprowadzałam do bezpiecznego odcinka i później zjeżdżałam. Kolejne, co mi utkwiło w pamięci, to zapchane pedały i bloki. Nie mogłam nijak się wpiąć, co utrudniało mi jechanie pod te interwałowe górki.

Dzięki temu, że trasa była krótka, mogłam sobie mówić, że „jest coraz bliżej do domu”. Wymęczyłam się w 3 godziny 21 minut, nie wiem, czy byłam w stanie coś urwać, średnie tętno wyniosło 167ud/min, podczas wyścigu w Wierchomli było to chyba progowe 175ud/min. Nie byłam w stanie wskoczyć na wyższe obroty z powodu babskich dni. To nie była jazda na ambicję a na przetrwanie. Przetrwałam i nawet ani raz nie glebłam :) ale za to miałam trochę beznadziejnych spacerów.

The best team ever :) Simply from polish mountains :) JMP.race
The best team ever :) Simply from polish mountains :) JMP.race (fot.:B.Dominiak)

Tym oto sposobem, bylejakim wynikiem do generalki wpisałam 5/5 miejsce w kategorii K1 oraz 10/10 w kategorii KOpen ;) Pocieszam się, że do dziewczyn na miejscach 5-9 nie miałam dużej straty, być może gdyby dyspozycja była jak w Wierchomli byłabym wyżej. Ale nie ma co gdybać po fakcie.

Szczęśliwa to nie jestem ;) (fot.W.Bubniak)
Szczęśliwa to nie jestem ;) (fot.W.Bubniak)

Została mi już finałowa Dukla i mogę zacząć szlajanie się po górach, bez myślenia o młynkach, czy jechaniu w strefie. Oby tylko jesień dopisała i była sucha, bo lato zupełnie się nie spisało. W Dukli, mimo iż zapowiada się 59km interwałowym tempem (sziet!) jadę do zarzygu!

Baba na rowerze :)