Finał sezonu startowego w Dukli – CK

with 3 komentarze

Oglądając zdjęcia mojego ulubionego fotografa z Cyklokarpat nie znalazłam się na zdjęciach w akcji, za to dwa razy na dekoracji. A szkoda, liczyłam na fajne, fotograficzne podsumowanie moich startów w Dukli. Co nie znaczy, że inni nie robią fajnych zdjęć, ale Bubniak okiełznał photoshopa w stopniu zadowalającym mnie, amatorkę fotografii. Wracając do meritum – oglądając zdjęcia z niedzieli, mam wrażenie, że jechałam gdzie indziej. Nie pamiętam prawie w ogóle tych miejsc, które można zobaczyć w albumie, co innego pamiętam i czego innego doświadczałam.

Może to dlatego nie mam zdjęć? ;)

Na ostatnie zawody jechałam zmotywowana, choć wiedziałam, że lekko nie będzie – choćby z powodu dystansu jaki czekał na mnie w Dukli. Do pokonania było 59km, w słonecznej (~24°C), na niewiadomym podłożu (na forum nikt nie raczył się podzielić wrażeniami z objazdu). Do tego chciało mi się majstrować przy rowerze w sobotni wieczór, efektem czego była niemożność wrzucenia „na blat”. Posmarowałam solidnie łańcuch oliwką, napompowałam koła, spakowana wyruszyłam rano na miejsce zbiórki. W wesołym busie dało się odczuć ulgę z racji ostatnich zawodów cyklu Cyklokarpat (co niektórzy jadą jeszcze Volvo MTB Maraton), z niecierpliwością więc oczekiwaliśmy godziny „zero”.

Najlepszy team na Podhalu ever :) JMP.race
Najlepszy team na Podhalu ever :) JMP.race (fot. Rafał Kula)

Z samej jazdy pamiętam tylko tyle, że zostawiłam na początku 3 dziewczyny za sobą, z czego jedna na pewno nie mojej kategorii (Danka) a druga nie wiem do której należała oraz Olę z mojej kategorii. Starałam się tą przewagę trzymać, bo wiem, że Ola nie jest jakaś super mocna w terenie, a ja nie wiedziałam czego się spodziewać po trasie. Dojechałam do Grześka, jechaliśmy wspólnie przez fragment prowadzony drogą asfaltową, później nastąpił przejazd przez rzekę, gdzie rozdzieliliśmy się. Przez jakieś 20min miałam Grześka w zasięgu wzroku, później zaczęli blokować mnie idący-gdzie-się-tylko-da zawodnicy. Moje tętno było bardzo wysokie, więc nie szarpałam się na wyprzedzanie idących, poza tym podłoże było jednak błotniste, czasami tyle koło niebezpiecznie buksowało pod górę. Pierwsze 15km było istną błotną masakrą, gdzie wszyscy marzyli, aby te zawody się już skończyły. Minęłam naprawiającego coś w rowerze Gomolę, później dwóch wracających (ją i jego) z tego samego teamu. Jadący przede mną Cyklon.eu fikał fikołki i ćwiczył pady boczne na śliskim podłożu a ja się zastanawiałam na czym on jedzie, że nim tak wierzga, podczas gdy ja jechałam dość stabilnie? Ale jako, że trasa była wąska, nie dane mi go było wyprzedzić, więc podziwiałam gimnastykę akrobatyczną na szlaku.

Czuję szmeranie i dziwny opór – spojrzałam w dół, a to błoto nie mieściło się już między kołem a amortyzatorem, ale jechałam dalej. Na pierwszym podejściu z buta przez kolejną młakę cofnęłam 10cm do tyłu i syf sam odpadł.

Było ciężko. Coraz ciężej. A to dopiero początek.

Pierwsze 26km przejechałam w czasie 2 godzin, jak na mnie to dobre tempo, średnią miałam ok. 14km/h, liczyłam na dobry występ.

Tutaj naprawdę się dobrze bawiłam…(fot.B.Dominiak)

Widać to z resztą na zdjęciach – jest radość, jest flow!

Camera is here – smile! (fot.B.Dominiak)

Pamiętam też, że po pierwszej górce (ta z błotem i latającym Cyklonem) był zjazd szutrowy, na którym bałam się składać i dwa razy omal nie wyleciałam z zakrętu. Jeśli chodzi o zjazdy, to nie wiem dlaczego, ale wyjątkowo nie czułam się pewnie tego dnia. Zamykałam oczy i jechałam przez niektóre fragmenty. Chyba tak mam po każdym odniesionym urazie, niezależnie od tego czy był odniesiony na rowerze czy nie. Tym razem w pamięci miałam niedawną kolizję z samochodem.

Nadeszła godzina 3 jazdy, do końca było daleko. Łańcuch nieprzyjemnie zgrzytał, żałowałam, że nie wzięłam ze sobą oliwki. Do tego pojawił się głód i byłam zła na siebie, że na niespodziewanym bufecie nie wzięłam banana, bo w drodze powrotnej na tym samym bufecie zostały już tylko pomarańcze. Łapczywie wzięłam dwie i natychmiast zabrałam się za wysysanie soku z miąższu. Poprawiło się na 3 minuty. Później nastąpiło ssanie w żołądku ze zdwojoną mocą. Na bufecie powiedzieli mi, że następny bufet jest za 7 km – jest nadzieja, może tam będą banany albo chociaż ciastka! Nie było. Zabrałam za mało żeli. Co śmieszne, przekonana byłam, że wzięłam 3 zwykłe i jeden z kofeiną na mocniejsze depnięcie. Okazało się, zwykłych wzięłam tylko dwa. A w siatce zostawiłam 3 banany, żeby dopchać po małych ostatnio porcjach makaronu. Nosz cholera jasna! Kofeinowy zostawiłam sobie na ostatnie 10km, żeby zdążył się wchłonąć i dał kopa. Gdzieś po drodze był dość wymagający zjazd, który zjechałam do połowy, resztę przeszłam, bo podłoże niczym ziemia do kwiatków doniczkowych urozmaicone gdzieniegdzie kamykami przyprawiało mnie o gęsią skórę i spazmatyczne napięcie całego ciała nie wróżyło nic dobrego. Chłopacy, którzy polecieli obok mnie na tym zjeździe jak strzały łatali kapcie 500m dalej. Uff… jaka ja jestem rozsądna. Lepiej schować dumę do kieszeni ale nie mieć defektu!

…jechałam taka pozbawiona życia, to już 45-ty kilometr ścigania się, zaczynam opadać z sił. Czuję ból pleców (dużo siedzenia – spore ilości asfaltu), który został przebity przez ból karku. Asfalt, który do najgładszych nie należy, dłuży się niemiłosiernie. Do tego jest w odsłoniętym od wiatru i słońca miejscu. Więc jadę na naprawdę lekkich przełożeniach i męczę się straszliwie. Łańcuch strzela co jakiś czas, wolę nie patrzeć jak on wygląda. Na bufetach polewam go tylko wodą. Ostatnio łańcuch był w takiej „formie” na inaguracji CK w Przemyślu. Turlam się z górki, wiał wiatr w twarz, więc osiągnęłam zawrotną prędkość 13km/h i poczułam dziwny ból w udzie – bach, pszczoło-osa mnie użądliła. Niech by to szlag trafił! Tego mi jeszcze trzeba, żebym tu beczała z bólu. Zagryzam wargi i turlam się dalej. A na 10km przed metą był kolejny bufet, który na szczęście miał banany i zjadłam dwie połówki, przegryzłam żelem ale na przyjście mocy było już nieco za późno. Następuje ostatni podjazd według moich obliczeń, częściowo pchający, próbuję jednak wsiadać na rower, gdy tylko czuję, że buty nie uślizgują się, żeby zyskać cenne metry. Na horyzoncie widzę Gomolkę i Gomola. Gomol jedzie dla towarzystwa Gomolce. Super. Ona pcha a ja jadę, doścignę ją lada chwila. Tak też się stało, przejeżdżając obok Gomola słysząc kulturalną pracę mojego łańcucha mówię do Gomola: może dojadę z takim napędem do mety? Na co z uśmiechem na twarzy Gomol odpowiada: dojedziesz, spokojnie dojedziesz. Kawałek płaskiego, deptam mimo braku sił, rzygam już płucami, lecz moja obecność zmobilizowała Gomolkę do równie mocnego deptania i w momencie gdy straciłam równowagę na glinie, tuż przed zjazdem wyprzedza mnie. Myślę sobie, popatrzę jak jedzie i obiorę jej ścieżki. Nagle słyszę krzyk Gomola zerwałaś łańcuch! – Co??!? – No zerwałaś łańcuch!- No to k…a pięknie! A miałam dojechać. – Nie skuwaj, nie ma sensu, teraz jest z góry, jedź! Niewiele myśląc popatrzyłam w lewo, faktycznie z góry, podnoszę łańcuch z ziemi i chowam do kieszeni (w ramach nieśmiecenia na szlaku) nadjeżdża Danka : co się stało?! – Nic, tylko łańcuch! Spojrzałam na licznik, jeszcze 5 kilometrów… no kurde jakoś to będzie. Faktycznie, było już praktycznie cały czas z góry. Bolało jednak, że nie mogę dokręcić na asfaltach, gdzie jedyną rzeczą jaką mogłam zrobić było zredukowanie oporu do minimum i położyłam się płasko na kierownicy, aby dociążyć przednie koło. Resztę płaszczyzny i lekko pod górę przed metą jechałam na hulajnogę. Mój wzrok miał wyraz „błagam, niech mnie ktoś popcha” ale nikt nie raczył tego właściwie odczytać. A szkoda ;)

Się wtrzepałam do korytka – nie dało się wyjechać. (fot.K.Gawlik)

Po doturlaniu się do miejsca, gdzie zostawiliśmy samochód, oparłam rower wygodnie o krawężnik, wyjęłam łańcuch i cisnęłam dziadem o ziemię, równocześnie moje usta opuściły nie warte przytoczenia epitety. Krosiku, miałeś mnie nie zawieść, to już był ostatni raz a Ty co? Łańcuchem mi strzelasz? Nie mogłeś wytrzymać tych cholernych 4 kilometrów? Wymowne milczenie rumaka skłoniło mnie do obmycia się z poczucia winy, żalu i błota.

Suchy łańcuch i dopieprzony Kross

Udałam się zjeść michę makaronu, który był bardzo pyszny, przy akompaniamencie jakiegoś zespołu, który akurat grał „Cykady na cykladach” i podrygując nogą w rytm muzyki zapomniałam o tym, co mnie spotkało na trasie. Później postanowiłam umyć rower. Postanowiłam…

Jedna myjka na ponad 400-tu uczestników…

…na wprost na zdjęciu jest kolejka do myjki, a w lewym górnym rogu pod płotem widać „naszego”, który umył rower ze szlaucha strażackiego i podpowiedział mi to rozwiązanie. Jako tako z błota Kross został oczyszczony.

Jak to z finałami bywa, dekoracje były wyjątkowo długie, podsumowujące cały sezon. Ja stanęłam na podium 2 razy – 5 w zawodach i 5 w kategorii w całej serii CK. Magdzie poszło znacznie lepiej, Gałes miał dziś gorszą lokatę, ale w kategorii był 2, Kwiatek podobnie.

5 miejsce w Dukli (fot. W.Bubniak)
5 miejsce w całej serii w kategorii K1 (fot.W.Bubniak)

W zasadzie to nie mogę narzekać na lokatę. To był dobry, nawet bardzo dobry start w zawodach jak na pierwszy sezon ścigania w życiu. Pod koniec było mi już szczególnie ciężko, ale mam to już za sobą. Na szczęście. Na podsumowanie cyklu Cyklokarpat pokuszę się w osobnym poście, jak zapomnę już o tym bólu nóg. :)

Baba na rowerze.