Turbacz…

with Brak komentarzy

Wkurzyli mnie dziś w pracy na koniec dnia, więc wymyśliłam sobie, że zamiast wsunąć kolejną porcję czekolady czy opić się jak świnia – pojadę się wyżyć i przy okazji sprawdzić nogę w drodze na Turbacz.

Nikt tego głośno nie mówi ale na Podhalu, formę kolarzy ocenia się po tym, jak szybko wjadą na Turbacz spod „Jodły”, żółtym szlakiem. To jest taki tutejszy sprawdzian nogi.

IMG_20140919_181657
Widok na Babią Górę

Wielu z nich, mniej lub bardziej doświadczonych śrubuje czasy, które dla mnie byłyby możliwe ale na motorze crossowym :) Rok temu podbijałam Turbacz kilka razy, z czego 2-3 razy na testowanym przeze mnie Krossie Earth’cie. Chciałam się zmęczyć w ponad godzinę, to sru, na Turbacz. W tym roku pogoda nas niestety nie rozpieszczała, więc nie pchałam się na Turbacz, bo warunki były dość trudne. Prób było kilka, zawsze coś stało na przeszkodzie. Trasę żółtym szlakiem wolę pokonywać jednak dla zabawy, gdyż choć nie jest strasznie trudny, to gdy pogodę mamy deszczową, droga zmienia się makabrycznie. Mnóstwo śliskich kamieni pokrytych na dodatek śliskim błotem. Do tego kilka ścianek, na których mój nerwowy i krótki Szary staje dęba. Czasami udaje mi się je wyjechać, czasami wychodzę z buta (na szczęście tylko kilka metrów), zależy czy akurat droga nie jest zniszczona przez zwózki drewna.

Nastawiona bojowo, bez paska od pulsometra (zapomniałam) wyruszyłam pobijać swój własny rekord (do najlepszych z najlepszych brakuje mi 10 lat i 8 kilogramów mniej ;) ), lekkie wkur**enie mi pomogło, ale głowa stopowała nogi, bo wiedziałam, że po drodze są ścianki. Włączyłam sobie „lapa” pod Jodłą, żeby kontrolować czas tylko tego segmentu. Jechało mi się dobrze, droga sucha jak pieprz ułatwiała mi jazdę, choć tempo zawrotne nie było. A tu nagle, na 10-tym kilometrze (czyli de facto ok.6-ty kilometr segmentu) korby mi się poluzowały, szybkie spojrzenie i już wiem, że to łańcuch. Skułam dziada, zajęło mi to chwilę, zachciało mi się bawić  w zwężanie rozszerzonego ogniwka, co nie zadziałało, bo ujechałam raptem 1km i powtórka z rozrywki. Jedyne wyjście to było usunięcie jednego ogniwka i uderzyć na Turbacz.

Z zatrzymywanym na naprawę czasem dojechałam w 57min, o ok 13minut lepszym czasem niż rok temu. Ale to tylko z ciekawości, bo wiemy, że nie ma żadnego zatrzymywania się. Musi nadejść druga próba.

Pamiątkowe zdjęcie ś.p.ogniwka
Pamiątkowe zdjęcie ś.p.ogniwka

Rozmyślałam sobie również o minionym sezonie i przyszłym. Wciąż nie wiem, czy chcę się ścigać. Nie ma we mnie żyłki ściganta, wolę wycieczki, takie jak dzisiejsza. W planach mam inne, mniej lub bardziej ambitne, ale do przejechania. Jednak, muszę przyznać, że trasy poprowadzone w Beskidach są malownicze, to też zawody to również pewnego rodzaju wycieczki :)

Widok z Turbacza
Widok z Turbacza

Mistrz Yoda,w postaci Krystiana ostatnio się „uwziął” na mnie i strofował mnie za wyprostowane łokcie na zjazdach. Ciężko nad tym pracuję, gdyż wydaje mi się, że mam zgięte łokcie, które jak dziś zauważyłam prostują mi się, gdy hamuję i rękoma cofam ciało za siodło, żeby ciężar ciała nie był zbyt z przodu w razie czego. Jadąc dość szybko, w pewnym momencie zaczęłam tracić obraz – hamowałam, a gdy odzyskiwałam płynność obrazu, znów przyspieszałam. Rozluźniłam głowę od natrętnych myśli, zamiast tylko zgięcia łokci – rozluźniłam je i TO JEST TO. Nawet jadąc szybko widać obraz czysto i płynnie! Nosz cholera. Lekka góra, ciężki dół!

Zostało mi tylko pozbyć się strachu przed kamieniami i korzeniami ;) Dzisiaj o mały włos nie zaliczyłabym skośnego OTB, ale but „sam” mi się odpiął, hamulce zadziałały w porę i mogę do Was pisać bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Ulga. Z przerwami na zdjęcia zjechałam w 23 minuty.

Widok na Babią Górę
Widok na Babią Górę

Cieszę się, że mimo przeciwności losu wyjechałam na Turbacz i zweryfikowałam pamięć drogi. O wielu odcinkach zapomniałam. Cieszę się, że mogłam sprawdzić na co mi się zdało to trenowanie od listopada pod okiem trenera – choć to wymaga mnóstwa wyrzeczeń, daje również satysfakcję.

Cieszę się, że nie pamiętam już o wkurwie.

Baba na rowerze.