Rowerowy weekend

53 Przeczytano

Już dawno nie miałam tak dobrego weekendu jak ten ostatni. Wszystko dopisało: pogoda, ludzie i planowane wycieczki.

Sobota 11.10.2014

W sobotę postanowiłam jechać na szosę z ziomkami z NKK – JMP.race, na szczęście dla mnie w teoretycznie łatwiejszą trasę (klik w link). Wycieczka to wycieczka, ja miałam tętno nierzadko w okolicach progu i nad progiem :D Ale nie powiem, zawsze była obok Lada Godzinka :) a czasami Kitos. Podniosło to moje morale ;) Wystartowaliśmy parę minut po 10-tej, w Nowym Targu oprócz mgły były też wyjątkowo duże korki (październik to okres tuż przed wszystkimi świętymi, jeden z najgorętszych dni na tutejszym słynnym jarmarku), szybko z mgłą pożegnaliśmy się wjeżdżając na kultowy podjazd do Ochotnicy (ciągle 5km pod górę, nachylenie -5-7%). Oczywiście jak są górki, to ja najsłabsza :D Chłopaki wycieczkowym tempem dość szybko zniknęli nam z pola widzenia, ale nie przejmowałam się ;) Wiedziałam, że jakby co, to wiem jak wrócić :P Później nastąpiła taka średnia ekstaza zjazdowa (fajna droga, słabe widoki) i rozglądaliśmy się wszyscy za Kaśką Niewiadomą, czy się gdzieś nie kręci. Niestety nie udało się nam jej spotkać :(

Baba udaje, że jedzie się jej pod górkę superowo :P (fot. Kitos)
Baba udaje, że jedzie się jej pod górkę superowo :P (fot. Kitos)

Dojechaliśmy do Krościenka, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na kawę i deser, mieliśmy na liczniku nieco ponad 60km. Ja wybrałam sobie taki zestaw:

Coffe break - co Cię nie wzmocni, to Cię zabije.
Coffe break – co Cię nie wzmocni, to Cię zabije.

Jak się okazało, był może i bardzo smaczny ale i chyba mocno kaloryczny, bo skończyło się tak, że po wyruszeniu Baba nie mogła zbić tętna przez najbliższe 40min. Szukając idealnego przełożenia wciąż miałam wysokie tętno, jechało mi się tak, jakbym zamiast nóg miała dwie drewniane bele. Nie wspomnę już o prędkości podjeżdżania na Hałuszową. Po-raż-ka.

No cóż. Zdarza się najlepszym :)

Ploteczki z Lada Godzinką :) (fot. Kitos)
Ploteczki z Lada Godzinką w Niedzicy :) (fot. Kitos)

Będąc gdzieś w okolicach Krościenka, punktem obowiązkowym jest zjazd/podjazd (zależy od obranego kierunku, w naszym przypadku zjazd) z Hałuszowej/Krośnicy do Sromowiec Niżnych. Serpentynka, widoki i gładki asfalt. Nie można niczego więcej chcieć. :D Ze Sromowiec można skierować się do Niedzicy – Zamku, gdzie roztacza się malowniczy widok na zamki, zalew i Pieniny i Gorce.

Wjazd z Tylmanowej do Krościenka (fot. Kitos)
Wjazd z Tylmanowej do Krościenka (fot. Kitos)

Po 4,5 godzinach wróciłam do domu. Padnięta. Szczęśliwa. Bo było tak fajnie :)

Padnięta Baba, nogi w elewacji, w ręce nawodnienie

Już wtedy obmyśliłam szatański plan, że jak moje delikatniusie nazajutrz będą w spoko stanie, to jadę w te prawdziwe góry, iście turystycznym tempem. To wszystko zależało nie tylko od skali obolałości tkanek w kroku ale i świeżości nóg.


Niedziela 12.10.2014

Skoro świt o 9:59 zwlokłam się z łóżka, zjadłam wczorajsze sprawdzone śniadanie (które jak się później okazało, na górskie warunki nie było wystarczające) i godzinę zbierałam się do wyjścia, żeby śniadanko się ułożyło. Przez miasto jechałam powoli, nie ma się co szarpać, jest piękna pogoda, nie ma się co śpieszyć :) Pierwsze 13km utwierdziło mnie w przekonaniu, że moja forma poszła się …rypać. Jechało mi się okrutnie ciężko, momentalnie byłam cała mokra, z koszulki możnaby wykręcić szklankę potu. I calutką drogę pod górę, pod ten Turbacz jechałam ostrożnie, żeby nie kusić łańcucha, aby pękł z miłości do moich ciężkich nóg. Pod koniec, jako że tyłek trochę obolały po sobotniej setce, chciałam mu ulżyć i na lekkim wzniesieniu wstałam sobie na pedały, parę ruchów korbą i… poczułam TEN luz. Wzięłam głębokich wdechów trzy, ubrałam rękawiczkę ochronną (tak, zabrałam „na wszelki wypadek”) i wzięłam łańcuch do ręki i piechotą poszłam ostatnie 10min na rowerze 20minutowym spacerkiem.

W końcu taka śliczna pogoda.

Po dotarciu pod schronisko odkryłam, że nie tylko na szlaku jest mnóstwo ludzi, ale i na schronisku, więc rozłożyłam się wygodnie na karimatce z plecaka, zjadłam co miałam, napisałam Chłopu, że żyję ale łańcuch nie, podziwiałam widoki i zabrałam się do skuwania plastelinowego dziada. Poszło mi to sprawnie (się ma wprawę…) i zabrałam się w kierunku schroniska, aby kupić colę i coś do przegryzienia. Spotkałam dawno niewidzianą koleżankę ze studiów, pogadałyśmy kwadrans, później kolejną twarz i wylazłam popatrzeć czy faktycznie ta kolejka taka duża, jak koleżanka mówiła. A tu zdziwko! Iwona z Marcinem już są! :D Postaliśmy, pogadaliśmy i postanowiliśmy sobie darować tą kolejkę. Stracilibyśmy godzinę, a młodym zależało na czasie, długa droga przed nimi była! Cyknęłam kilka pamiątkowych fotek:

Iwona i Baba :D
Iwona i Baba :D

Wybraliśmy wspólnie opcję ich przejazdu i pożegnaliśmy się – oni  pognali w swoją stronę, ja w swoją :) Mój plan był prosty – zatoczyć pętlę, z czego większość po górach, z Turbacza na Kiczorę czerwonym szlakiem, Zielenicę aż do przełęczy Knurowskiej. Kiedyś jechałam częścią tej trasy, więc wiedziałam czego się spodziewać.

Podjazd pod Kiczorę
Podjazd pod Kiczorę

Co ciekawe, gdybym stała i robiła wymyślniejsze zdjęcia temu podjazdowi pod Kiczorę, może miałabym okazję zrobić sobie fotkę z Kaśką Niewiadomą, której to na próżno szukaliśmy wczoraj na szosach Podhala :) No ale, stało się tak, że ja jechałam pod górę, ona z góry i był czas tylko na cześć :D Tak naprawdę, ta druga część wyprawy obfitowała w mnóstwo przerw, w czasie których robiłam zdjęcia. Podjazd na Turbacz nie jest tak malowniczy, jak czerwony szlak. Zobaczcie zresztą sami…

Widok na Pieniny i zalew Czorsztyński
Widok na Pieniny i zalew Czorsztyński
Było tak pięknie, że nawet ktoś się opalał w krzakach, w tej kompletnej ciszy
Było tak pięknie, że nawet ktoś się opalał w krzakach, w tej kompletnej ciszy

A teraz pora na kilka samosi :D

Moje nowe tło :D
Moje nowe tło :D

Po zejściu/zjechaniu trudniejszej części czerwonego szlaku trafiłam na idealne miejsce na kolejną samosię:

Czy jazda w takich okolicznościach przyrody nie jest cudna?
Czy jazda w takich okolicznościach przyrody nie jest cudna?

Później nastąpiła mała konsternacja: ja niby mam to zjechać? Tego na zdjęciu nie widać, ale nachylenie było spore, brak przyczepności i wyjścia były dwa – puścić hamulce i zamknąć oczy, albo otworzyć oczy i zejść na piechotę. Wybrałam to drugie :P

Zjazd najeżony kamieniami i korzeniami  - a to wszystko pod tonami liści!
Zjazd najeżony kamieniami i korzeniami – a to wszystko pod tonami liści!

Nastąpiła znowu jazda, widoczek i znów samosia :D

:)
:)
Bardziej aktywna samosia :D
Bardziej aktywna samosia :D

A na koniec… zjazd tym, po czym wspinałam się wczoraj, na Krossie nie mam odwagi się tak składać, ale po prostu delektowałam się tym cudnym uczuciem i tą patelnią :) Zatrzymałam się tylko 2x na zrobienie dwóch zdjęć :D

...
W dole Knurów, w oddali zalew i Pieniny
W dole Knurów, w oddali zalew i Pieniny

…a to wszystko w dystansie MEGA ;) Całą trasę możecie prześledzić tutaj (klik w link), a na koniec w formie galerii możecie sobie obejrzeć znowu powyższe zdjęcia, coby Wam znów było żal, że mieszkacie tam, gdzie mieszkacie ;)