Cyklokarpaty – cykl idealny?

with 8 komentarzy

Trochę późno na podsumowanie, ale jak mówi prastare przysłowie:

lepiej późno niż wcale.

Jednak jest szansa, że więcej ludzi przeczyta moje podsumowanie, niż gdybym je napisała zaraz po zakończeniu cyklu we wrześniu. Na świeżo rządziłyby mną emocje, a tak powoli układałam sobie w głowie co mi bardzo przeszkadzało, a co nie.

Cykl ten zostanie oceniony zupełnie absolutnie subiektywnie, gdyż był to mój pierwszy sezon startowy w ogóle, poza przypadkowymi i nieregularnymi startami w latach poprzednich (szosa). Do tego byłam tylko na 6 z 10 edycji.

Organizator wpływu nie ma tylko na pogodę, więc ocena nie będzie dotyczyć tylko tego elementu. Reszta zostanie solidnie rozjechana.

  1. Biuro zawodów – jestem z tych, którzy opłacają swój start przez internet, więc biuro zawodów widziałam tylko na inauguracji w Przemyślu, gdzie ze względu na charakter imprezy – wszyscy odbierali numer startowy potrzebny na cały cykl. Świetnie zorganizowane stanowiska, uśmiechnięta obsługa i dołożenie kolejnego „okienka” gdy korek zrobił się nieco dłuższy niż orgowie przypuszczali. Stałam nie dłużej niż 15 minut w tłumie, aby otrzymać pakiet startowy. Jest OK.
    Biuro zawodów. (fot.W.Bubniak, zdjęcie pobrane z fp CK)
  2. Parkingi, lokalizacje zawodów – jeśli mnie pamięć nie myli, to w Polańczyku większy parking był trochę daleko od mety, co wyszło na jaw po wyczerpujących zawodach jak ledwo wyjechałam nań resztkami sił, zaś do samego miejsca w Polańczyku jak i w innych edycjach nie mam zastrzeżeń, lokalizacja z reguły obejmowała jakiś znany hotel, specyficzne miejsce jak amfiteatr czy park. W Dukli, jako imprezie kończącej cykl nie za bardzo miejscówka się udała ale tylko pod względem promocyjnym dla ludzi z zewnątrz.
    Skalny Polańczyk – lokalizacja przy hotelu, nad Soliną! (fot.:W.Bubniak, zdjęcie z fp CK)
  3. Myjki – jak kilka innych elementów – na początku było ich 3 albo nawet 4 a z czasem liczba uległa degradacji – do jednej myjki ciśnieniowej i jednego węża strażackiego (sic!) na końcu cyklu. Równia pochyła w dół niestety.
    Nie tak wyglądały myjki ;) (fot. W.Bubniak, zdjęcie z fp CK)
  4. Dostęp do „sanitariów”– wprawdzie nie było dostępu do szatni, ale udostępnienie pryszniców było naprawdę OK. Prysznic po maratonie wcale nie był rarytasem! Zdecydowany plus.
  5. Oznakowanie trasy – w większości startów było dobre, choć przy zagęszczaniu zakrętów w lesie jadący na czele grupki przestrzelali zakręty. Ale to były raczej epizody niż konkretne mylenie trasy, jak w moim przypadku w Jaśle.
  6. Pomoc medyczna – ratownicy medyczni i strażacy ustawieni w newralgicznych punktach sprawiali, że dany fragment psychicznie stawał się trudniejszy niż był w rzeczywistości. Ale lepiej dmuchać na zimne.
  7. Bufet – jedzenie na Cyklokarpatach było naprawdę smaczne. Jednak mniej więcej w połowie cyklu zauważalne było zmniejszenie porcji wydawanej wygłodniałemu kolarzowi, w tym mnie. Po Wierchomli na następne zawody zabrałam własny ekstra prowiant na dopchanie głodnego żołądka. To był strzał w dziesiątkę. Niestety. Natomiast, duży plus dla organizatora za dokładanie bufetów z wodą w czasie ogromnych upałów, jak ten w Jaśle.
    Bufety na trasie były tam, gdzie trzeba! (fot. W.Bubniak, zdjęcie z fb CK)
  8. No i wreszcie : trudność tras. Niektórzy oczekiwali, że będzie drugi Golonka, inni zaś postanowili wrzucić trochę asfaltu dla ostudzenia zapałów a z kolei jakiś…(przepraszam, ale do dziś mnie nosi na myśl o tym) imbecyl wsadził w decydującą fazę zawodów ścianę (do poczytania tutaj)na której nie chciałby usłyszeć ile kurw leciało w jego stronę. Tym bardziej, że paręset metrów wcześniej był jakiś boczny wjazd na ten wyciąg (taaak, pamiętna Wierchomla). Sama jazda w terenie dla takich jak ja, czyli niewprawionych w boju „pure mtb” nie była specjalnie wymagająca, ale z minimalnymi umiejętnościami jazdy pod górkę i w ogóle w terenie były przejezdne w 95% co dla mnie jest ogromną zaletą. Jestem z tych, co jadą przejechać, nawet jeśli wolno, ale wciąż jechać, niż pchać rower na maratonie. Na niektórych edycjach przesadzono z ilością asfaltu a na innych nie ograniczono ogromnych masakrycznie błotnistych sekcji (lato na południu było bardzo mokre), która odbierała nawet chęci do życia (przynajmniej ja w Sanoku wolałam umrzeć, niż męczyć się z tym błotem – pedałowanie w miejscu przez 50% czasu na zawodach). Myślę, że da się te niedogodności wyeliminować. Jednak całkowicie trudność tras nie była porażająca, niektórzy optują za trudniejszymi zjazdami, inni za jazda po łąkach, zamiast po asfalcie (no nie wiem…).
  9. Termin imprez – i tu pies pogrzebany. Nie wiem komu chcieli orgowie dopasować terminarz zawodów, ale robienie maratonu w niedzielę to naprawdę nie jest dobry pomysł. Średnio na dojazd na zawody razem z ziomkami z teamu przeznaczaliśmy około 2.5 godzin w jedną stronę. Dekorację mieliśmy praktycznie za każdym razem, więc najwcześniej powrót do domu zdarzył nam się o 20-tej, a normalnie między 22 a 23.30. A w poniedziałek pobudka o 6 rano do pracy. A już w ogóle nie zrozumiem zrobienia ostatnich zawodów w niedzielę, kiedy na dekoracji ma miejsce milion wyróżnień i kategorii, 3 godziny z życia wzięte a w poniedziałek do pracy… To jest na pewno element do przeorganizowania. Część z zawodników ma rodziny, których współmałżonkowie (najczęściej małżonki) są wystawiani wielokrotnie na próbę.

Nie jest dla nikogo tajemnicą, że głównym cyklem zawodów, w którym startowałam w sezonie 2014 były Cyklokarpaty. Cały cykl uznaję za idealne miejsce na inaugurację startów w MTB. Nie za trudno, choć pogoda czasami pozwoliła znacznie podnieść poprzeczkę, w pięknych okolicznościach przyrody. Zauważalne nie tylko przeze mnie jest troszkę spuszczenie z tonu skutkowało brakiem informacji na temat tras, tak było przed Sanokiem, gdzie nie można było otrzymać żadnej informacji, nawet stojąc w sektorze o tym, gdzie zlokalizowane są bufety na trasie.

W przyszłym roku w Cyklokarpatach zapowiada się zwiększenie ilości startów, być może przejmą coś od Maratonów MTB, których w sezonie 2015 nie będzie. Jak na tym wyjdą Cyklokarpaty? To się okaże – ale mam nadzieję, że nie zrobią tras jak Golonko, gdzie połowę jedziesz z zamkniętymi ze strachu oczami a drugą połowę klnąć, że nie masz fulla. Podejrzewam, że jakie by nie były trasy, wzrośnie konkurencja i ta „rodzinna” atmosfera Cyklokarpat troszkę się zmieni. Miejmy jednak nadzieję, że nie za dużo :)

Do zobaczenia w przyszłym roku!

Baba na rowerze.