Babska Tygodniówka #7

102 Przeczytano

Ohohoho… siódmy tydzień treningów został już tylko wspomnieniem!

Jak zwykle, było mocno różnorodnie ;) Niedługo nadejdą ciepłe temperatury i będziemy tylko jeździć na rowerze aż do znudzenia, które następuje późną jesienią. Jakby się ktoś zagalopował, że za mało czasu poświęcam rowerowi, to przywołam od razu do porządku, że to wszystko to robię tylko dla siebie a nie dla wyników, które są poza moim zasięgiem. Endomondo się jednak mocno zazieleniło, co cieszy moją ogłupiałą na zieleń psychikę. Popatrzcie tylko, co ja tam nacudowałam w zeszłym tygodniu!

  • Poniedziałek (19.01.15): wolne. Należało mi się, jak psu kość.
  • Wtorek (20.01.15): trenażer i kalistenika. Tu się już psie kości skończyły. Najpierw pomachałam pompki przy ścianie, z ogromnym bólem wykonałam 3 serie po 50 powtórzeń, co daje przepustkę do dalszego poziomu. Ale jeszcze raz albo dwa razy zrobię 3×50 aby przejść dalej. A podwijanie kolan jest trudniejsze i tu efekty przychodzą wolniej – 3 serie 23 powtórzenia. Powoli do przodu :) Natomiast na trenażerze pomęczyłam interwały, których nie wysiedziałam do końca z dwóch powodów – zawiesił mi się film i nie miałam czasu aby dokończyć, więc miałam tylko 3 jednostki (zamiast 5) interwałowe z przerwami pomiędzy. Trochę się ze mnie tej wody wylało :)
  • Środa (21.01.15): bieganie. Z lekkim uczuciem głodu wybrałam się na przebieżkę, gdyż miałam jedną z niewielu okazji pobiegać dość wcześnie. Celem na wtorkowe bieganie było poruszać się szybciej niż żółw i pokusić się o dwa do czterech szybkich odcinków. Dwa zrobiłam. Jeden bardzo szybki (na pewno więcej niż 100m) i zaczynało mi dość szybko odcinać prąd, za drugim razem przyspieszyłam wolniej. Samopoczucie OK. endomondo
  • Czwartek (22.01.15): jak czwartek, to trening obwodowy z ziomkami z NKK.JMP. Frekwencja dopisała po poprzednim słabszym dniu i machnęliśmy 14 lub 15 stacji 3x. Bez tabaty na koniec. Na rozgrzewce zepsułam sobie bark, który mocno przeszkadzał w piątek w pracy i życiu codziennym. Nic poważnego, w sobotę już przeszło ;)
  • Piątek (23.01.15): wolne. Powód – wymieniony powyżej, poza tym miałam w planie aktywny weekend i poniekąd nóż na gardle, że jak w piątek wolne, to zapieprz sobota-niedziela :) 

  • Sobota (24.01.15): kalistenika i trenażer. Tak się złożyło, że w tym tygodniu kalistenikę traktowałam jako rozgrzewkę do trenażera. Łatwiej później wysiedzieć na rowerze, jak plecy nie bolą. Ćwiczyłam przysiady w staniu na barkach – pierwsza seria 30x, w drugiej serii już materiał szelek od spodenek kolarskich obcierał mi naskórek i wytrzymałam tylko 25x. Podciąganie na drążku do poziomu – wymęczone ale jednak 10 powtórzeń. Z tym to zawsze mi nie szło. Słabe łapki mam jak cholera. Na trenażerze wykonywałam znośniejsze od ostatnich 4 interwały 6-minutowe z 2min przerwy pomiędzy. Interwały miały być robione na ok. 105%LT, ale myślę, że bym umarła, więc zmniejszyłam próg o kilka procent a i tak nie osiągałam takich parametrów (178bpm). Jako, że ćwiczenie dość znośne, nie tak straszne jak poprzednie przyspieszenia, na których robiło mi się niedobrze na samą myśl o nich. To ćwiczenie podobno ma wydłużyć czas maksymalnej siły generowanej na wysokim wysiłku. Amen. Wypiłam jeden bidon wody z małą ilością soku jabłkowego a z siebie wylałam chyba ze 3 litry. Samopoczucie OK, mimo babskich dni.
  • Niedziela (25.01.15): bieganie. Samopoczucie z rana było wątpliwe, decyzja co do podjęcia biegu nie była może radosna, ale na rower chciało mi się jeszcze mniej, więc wybrałam bieganie. Wydawało mi się, że spadło mniej śniegu niż w rzeczywistości, więc biegło się jako-tako (jak się może biegać w kopnym śnieżku?). Prędkość zawrotna to nie była, ale starałam się trzymać tempo – tak mi się przynajmniej wydawało ;) Nie podglądałam wysokości tętna, bo i tak czułam, że było wysokie (średnie 170bpm, podczas gdy przy szybszym tempie we wtorek było 163bpm). Zamiast dwóch pętelek ~5km, trochę pokombinowałam i wyszło planowane 10km :) Ale nie powiem, tak na ok 7km już zaczęłam powoli odpływać, ale nie mogłam się zatrzymać, bo bym legła i nie wstała aż do rana. Po powrocie strasznie słabo się czułam, ale już jest OK! Na 7m kilometrze powstało też znane już większości zdjęcie:

A wszystko to miało miejsce o tu: strava

Podsumowując krótko w godzinach i liczbach – dni treningowych było 5, łączny czas trwania aktywności wyniósł ~5 godzin i 40 minut. Nieźle, a będzie się wydłużało :D

Baba na Rowerze .