Babska Tygodniówka #9

with Brak komentarzy

To był dziwny, spokojny tydzień. A przynajmniej wszystko sprawiało, żeby taki był. Szefostwo wysłało mnie na przymusowy urlop, w sumie to z radością na niego poszłam :) Zrobiłam 4 treningi, dzień po dniu, bo wiedziałam, że niedziela odpadnie na 100% a w sobotę… było tak ładnie, że wystałam pół dnia na kibicowaniu i robieniu fotek biegnącym w VIII Biegu Podhalańskim. Jak się okazało, również kilku znajomym :) Później, po takiej dawce słońca i tlenu marzyłam o tym, żeby się położyć i obudzić w niedzielę rano ;) No dobrze, jedziem z koksem.

  • Poniedziałek (2.02): wolne :D
  • Wtorek (3.02): kalistenika i bieganie. Mała rozgrzewka przed słabym bieganiem ;)Pompki przy ścianie:
    umęczone 3x50powtórzeń. Umęczone, bo liczenie tych powtórzeń zawsze sprawia, że przy 11 jestem już myślami na Karaibach ;)

    Podwijanie kolan:
    3x25powtórzeń
    Ostatnia seria wyjątkowo bolesna, ale na szczęście podołałam :)
    Zaraz po ćwiczeniach poszłam biegać. Ale. Źle mi się biegło. Głowa mnie lekko bolała przed wyjściem, do tego ogromna niechęć. Ale jeszcze większą miałam do wsiąścia na rower :P W czasie biegu nie wiem czy to mi się w głowie kręciło, czy śnieg się mienił w oczach, ale po powrocie byłam wyzuta z energii kompletnie.

  • Środa (4.02): trenażer. Dzisiaj zrobiłam sobie jednostkę z 4 30-to sekundowymi sprintami, po których następowało 14 minut jazdy w zakresie TEMPA. Ostatnie tempo od połowy zjeżdżałam, żeby był dłuższy rozjazd, bo 3 minuty wydawało mi się za małe. Poza tym, wyjątkowo ciężko było dziś jakoś tak wysiedzieć. To pewnie po tym drinku :P 

  • Czwartek (5.02): trening obwodowy. Jak czwartek to… Taaak zgadliście – trening obwodowy z NKK.JMP :) Wyjątkowo krótki trening, stacje jakieś wyjątkowo łatwe (choć zakwasy w nogach były), a to wszystko przez zamieszanie z mierzeniem ciuchów.
  • Piątek (6.02): trenażer. 2-godzinny tlenik. Ledwo szło wysiedzieć, ale jakoś wytrzymałam ;) Duuuużo trudniej wytrzymać mi w tym niskim zakresie tętna, niż w wyższych, może dlatego, że serce moje się łatwo przyzwyczaja i po pewnym czasie jego praca spada i muszę podkręcać tempo? Siedzawka najwięcej strajkowała, głowa mocno pracowała i wygrała ;) Wypite dwa bidony picia.
  • Sobota (7.02): wolne. Nie licząc spaceru i robienia zdjęć biegaczom ;)

     

  • Niedziela (8.02): wolne. I tak była śnieżyco-pizgawica, więc nawet gdybym poszła trenować, to … bym potrenowała !

Tydzień przetrenowałam w czasie ~5 godzin i 20 minut. Nie najgorzej, jak na 4 dni następujące po sobie. Ale plany były ambitniejsze. Kolejnym plusem jest, że waga powoli spada w dół, do maja może się wyrobię z jakimś kolarskim wytopem :D

No, to do zaś.

Baba na Rowerze.