Babska Tygodniówka #11

120 Przeczytano

Późno, wiem, nie mogłam jednak się przemóc do pisania. 11 tydzień moich zmagań to taki trochę niewypał, przesilenie przedwiosenne czy cuś. Zmiana stanowiska w pracy, zapieprz taki, że nie wiedziałam co jeszcze mam robić, żeby nogi reanimować do treningu i jedyne co byłam w stanie zrobić – to nic nie robić. No ale. Raz się żyję, człowiekiem jestem, nie maszyną. Oto moja słaba, chyba najsłabsza rozkładówka:

  • Poniedziałek (16.02): wolne.
  • Wtorek (17.02): trenażer. Z początku nogi nie chciały się kręcić, ale w sumie nie ma się co dziwić, bo ostatni trening rowerowy jak się nie mylę był tydzień temu. Po progresywnie narastającej rozgrzewce nastąpiła chwila przerwy i nastąpiły 3x20min tempówki. Najgorzej było się wstrzelić w niską kadencję (dla odmiany z początku), jednak po idealnym ustawieniu oporu trenażera i biegów spokojnie jechałam tempo. Siedzenie nawet nie strajkowało, więc chyba twarde kręcenie mi bardziej odpowiada. Miałam tylko jeden bidon i to był błąd. Ostatnią kropelkę wypiłam w połowie ostatniej tempówki a trening kończyłam o suchym pysku :P
  • Środa (18.02): bieganie. Przypadkowe wolne, śliczna pogoda, więc poszłam pobiegać :) Umachałam się okrutnie. Mnóstwo lodu i dzisiaj chyba tylko kolce/raki ratowały pewny bieg. Mimo wszystko starałam się biec :) Zaraz jak się kończy ścieżka rowerowa pod wiaduktem były tylko ślady po skuterze, co uniemożliwiało równy bieg, bo zapadałam się pod skutym lodem śniegiem i wybijało to z rytmu. 90% jednak dzisiejszego biegu to był truchtobieg a 10% marsz. Stawy jednak zapomniały o takim obciążeniu, stąd konieczność zwolnienia parę razy. 


    Do tego kalistenika.Pompki
    1s: 20x
    2s: 18x
    Pompki wykonywane trochę nietechnicznie, do poprawy następnym razem (łokcie miały być przy ciele, moje uciekały na boki)

    Podwijanie kolan:
    1s: 30x
    2s: 30x
    3: 20x
    Brakło mi motywacji do dołożenia 10 ostatnich powtórzeń w 3 serii. Masakryczny ból zarówno brzucha jak i pleców.

  • Czwartek (19.02): wolne. Nie spodziewałam się takiego zapieprzu. Ledwo żyłam, ciało miałam tak obolałe, jak żaden chłop po pracy na budowie.
  • Piątek (20.02): niby trenażer. Byłam strasznie zmęczona po pracy, ale miałam nadzieję, że rozkręcę jakoś nogi, które były strasznie ociężałe. Miałam nadzieję, że lekkie kręcenie przywróci mi uczucie świeżości. Jednak to nie był dzień na siedzenie w siodle. Odpadłam po pół godzinie.
  • Sobota (21.02): wolne.
  • Niedziela (22.02): yyy…wolne.

No. Niewiele się działo, ale jak pisałam wcześniej – przerósł mnie nadmiar pracy, wracałam wypompowana, dopiero w tym tygodniu zrobił się trochę luz, złapałam rytm i mam jeszcze siły na wieczorne kręcenie. Uff…

Baba na Rowerze