Babska Tygodniówka #14

with Brak komentarzy

Marzec w tym roku nas nie rozpieszcza. W sumie to nigdy nie rozpieszczał, ale ostatnie lata objawiające się ciepłą lub brakiem zimy i nadejściem od razu lata sprawiły, że ciężko przyjąć na klatę taką a nie inną pogodę. Po chorobowym nadszedł tydzień wprawienia się w treningi. Chęci było mnóstwo, pogody nieco mniej. Szlag ją trafił już w środę ku mojej rozpaczy, ale minimum treningowe zrobiłam. Ostatnio jakoś tak zapomniałam o kalistenice, ale dzisiaj sobie ją odkuję. Oto jak wyglądał mój tydzień treningów numer czternaście.

  • Poniedziałek (9.03)bieganie. Poniedziałkowa aura kusiła, żeby wybrać rower, jednak zalegająca wydzielina w zatokach mnie przystopowała i wybrałam bieganie, żeby sobie nie przemrozić głowy i nie rozpocząć gehenny od nowa. No cóż, ostatnio biegałam chyba 3 tygodnie temu, więc tempo szaleńcze nie było, jednak miałam kompana, więc nie skupiałam się na dołowaniu się :P Zrobiliśmy sobie jeden dłuższy sprint a po ok 15min przyspieszenie. Samopoczucie OK. Wypoczęłam przez tydzień całkowitego bezruchu :)
  • Wtorek (10.03)rower. Przepalenie nogi. Formy jeszcze nie ma, choć pod górę (>7%) jedzie się mi chyba lekko, o tyle takie niewidoczne podjazdy strasznie mnie męczą. W sumie ta jazda to było takie połączenie górek niezbyt długich i płaskiego, żeby nie zmarznąć. Do godziny 17 jechało się fajnie, później już zaczęło być mi chłodno. Zadowolona jestem z tego, że przejechałam fajne 2 godziny :) 

  • Środa (11.03)wolne.
  • Czwartek (12.03)wiadomo, trening obwodowy z ziomalami :) 16 (lub 17) stacji, 3 obwody i każde ćwiczenie po 1 min 20sek
  • Piątek (13.03)wolne. Wcale nie z powodu zakwasów ;) Pogoda nie rozpieszczała. Nie znalazłam wystarczająco dużo siły w sobie na trenażer.
  • Sobota (14.03)wolne (znowu).
  • Niedziela (15.03)rower. Wyczekawszy dwa wolne dni, obite w niepogodę z mocnym postanowieniem w niedzielę zaplanowałam rower. Było nieco chłodniej niż we wtorek, brak (nawet przypadkowo) napotkanego kompana skrócił trening do 2 godzin. Testowałam kolejny raz wypaśne błotniki i muszę przyznać, że o ile tyłek chronią i nic mi nie ścieka wgłąb, o tyle nogawki nie są już ochronione w 100%. Ale do butów nie naleciało wody i cieszyłam się suchością stóp, choć brudnymi butami i lekko opryskanymi nogawkami ;) Starałam się nie patrzeć na cyferki, tylko pilnować pedałowania. Głównym założeniem oprócz ciągnięcia pedałów do góry było siedzenie na podjazdach. Niby oczywiste, ale jednak nie do końca ;) Gdzieś w okolicach 15 min miałam urodzonych trenerów sprintu i to dwóch na raz ;) A później jeszcze jakiegoś małego ziajoka, ale nie pamiętam gdzie, chyba na Bielance :) 

Łącznie wyszło mi około 6,5 godzin i jestem zadowolona z ilości godzin, jednak nie z ilości jednostek treningowych. Teraz, dzięki długim dniom można sobie pozwolić na zwiedzanie okolicznych miejscowości, odkrywania nowych dróg i robieniu coraz to ładniejszych fotek Tatr. Mam nadzieję na sprzyjającą (najlepiej słoneczną) pogodę w najbliższy weekend, bo chciałabym zrobić pierwszą setkę w tym roku!

Baba na Rowerze