Orawska Stówka

with 5 komentarzy
Orawska stówka urosła w mej głowie do rangi dużego wyczynu, jeszcze za czasów bardzo płonej amatorszczyzny. Jeździli na nią ziomki z JMP.RACE, jak jeszcze ich nie znałam, tylko śledziłam ich losy wirtualnie. Wtedy 100km było dla mnie tak nierealne, jak do niedawna 200. Po kupnie elektronicznego mapnika, wyrysowałam starannie mapę „celu do osiągnięcia” i ruszyłam w nieznane.
Był to upalny, letni dzień.

Drugi raz w życiu postanowiłam się zabrać znów dookoła jeziora Orawskiego półtora roku później. Zrobić sobie wyzwanie wyznaczone na stravie jak przejedź dystans fondo w jeden dzień. Prognozy trochę postraszyły, ostatecznie dało się jechać, bo nie było opadów, za to nadeszła inna katastrofa. Jazda w pojedynkę twarzą w twarz z silnym wiatrem czołowym. Niestety kolega, z którym miałam jechać mógł dopiero po południu, jednak od 16 robi się u nas naprawdę zimno, więc pojechałam solo.
Pierwsze 15km jechałam dość szybko, spodziewałam się jednak, że moc wiatru wzrośnie wraz w wjechaniem na rejony Polskiej Orawy. Nie wiedzieć czemu, nie lubię tych rejonów. Wydają się być takie… opuszczone, nieprzyjazne i…płaskie (pisałam o tym we wpisie Jezioro Orawskie Tour). Co prawda droga nie jest idealnie płaska, jednak hopki nie są nad wyraz wymagające. Dlatego też w tym roku nie zamierzam startować w czasówce „Podhale Tour” (w tym roku są dwie edycje ze startu wspólnego – na jedną edycję na pewno się skuszę), ponieważ 4-krotnie pokonywało się rejony bardzo bliskie Orawy, które męczą moją psychikę.

IMG_20150323_184718

Wiatr wiał bardzo mocno, miejscami tak bardzo, że żeby zjechać z góry, musiałam dokręcać. Po 2 godzinach jazdy miałam zrobione 40km ze 100, więc już przestałam liczyć na to, że będę o umówionej godzinie w domu. Do tego dochodzi kolejny psychiczno-fizyczny problem – rodzaj asfaltu na Słowacji. Jest chropowaty, jadąc po nim czujesz się jakbyś jechał(a) po kostce bauma. Serio. A może tak się dzieje za sprawą moich 700x23c opon?
Moich zmagań opisywać nie będę w szczegółach, dodam tylko, że zamiast przyjemnego tlenu z małymi rekordami wyszło mi prawie 5-cio godzinne tempo. Zajechałam się straszliwie. Nawet nie chciało mi się rozmawiać z moją własną inteligencją. Mimo ciężkiego wysiłku włożonego w przesuwanie się względem jezdni, mniej psioczyłam na świat, niż podczas pamiętnego rajdu wokół Tatr, który odbywał się w deszczu, podobnie z resztą było  wokół Orawskiego za pierwszym razem.

I’m getting hungry, could you fetch my butler?

IMG_20150323_184250
Po dojechaniu na most wątpliwego stanu technicznego nad jeziorem Orawskim zrobiłam przerwę na opróżnienie kieszeni z dwóch kanapek (jedna na słodko, druga na słono) + mała coca-cola. Przerwa nie była zbyt długa, bo garmin nie zdążył się wyłączyć, zrobiłam parę fotek, odmachałam trzem słowackim rowerzystom i ruszyłam w drugą część wyprawy.
IMG_20150321_133400_panoramaPierwsze 10km – alleluja! Wreszcie prędkość powyżej 30km/h i to na płaskim! Później może aż tak nie wiało, jednak moje nadwątlone siły nie bardzo chciały współpracować. Ale przynajmniej z górki zjeżdżałam wreszcie prędkością, którą dało się odczuć.
Jak na sobotni, słoneczny dzień, bardzo mało Słowaków można było zobaczyć na ulicach. To jest kolejna taka cecha (oprócz szczania w krzakach, które nie sięgają nawet kolan), która wybitnie kojarzy mi się z rodakami Sagana.
Na szczęście licznik wskazywał coraz wyższe wartości przejechanych kilometrów, wiedziałam, że choćby nie wiem co, to się doturlam. Otarłam się nawet o przedsmak bomby, jednak batonik, który czekał tylko na tą specjalną okazję, wybawił mnie z kryzysowej sytuacji.IMG_20150323_183811 Zapomniałam wziąć żeli i dodatkowego bidonu picia. Ale to nic w porównaniu z tym, że zaraz po wyjściu z domu i schowaniu kluczy głęboko do kieszeni zorientowałam się, że nie mam na sobie okularów i kasku.
Czyżby to był znak, że będzie ciężko i trzeba było zostać?
Na szczęście nie pomyślałam o tym wtedy ;)
Baba na Rowerze