A czy Ty ciągniesz?

166 Przeczytano

Moja przygoda z pedałami zatrzaskowymi zaczęła się 3 lata temu. Pierwszy rok nie obfitował w dużą ilość kilometrów, więc i nie było wiele gleb. Może nie chodzi tu o ilość ale jakość gleb, które zaliczyłam również na treningach z grupą młodzieżową i solo jadąc po ulicy (tak…) czy na Turbacz. A mimo to nie potrafiłam odkręcić tych pedałów i wyrzucić do kosza. Klik wpinanego buta jest uzależniający.
Drugi rok to zero gleb, starty w maratonach i radocha, że but nie zjeżdża z pedałów na błotnistych odcinkach i zarazem strach przed nie zdążeniem z wypięciem w chwili, która by tego wymagała.
Dopiero w trzecim roku zaczęłam robić to, co należało od samego zarania dziejów spd w mojej historii.

Ciągnąć pedały w górę.

Przecież to oczywiste? No tak, jednak jakoś nigdy nie pamiętałam o tym, żeby po zepchaniu pedałów na godzinę szóstą, wyciągnąć je z powrotem do dwunastej. Pamiętałam o tym kręcąc tylko jedną nogą. Ale po prawdzie, kiedy kręcimy jedną nogą? Trener mówił: kadencja, kadencja, kadencja powyżej 90 obr/min. A na ciągnięcie w górę dawał ćwiczenie kręcenia jedną nogą.

Grafika przedstawiająca pracujące mięśnie podczas właściwej techniki pedałowania (medicycling.eu)

Nie zdało to egzaminu. Dalej tylko pchałam w dół, czasami przy sprintach pociągnęłam w górę, jednak ból szybko zajmował całe nogi i zwalniałam.

W tym roku za punkt honoru wzięłam sobie nie patrzeć na wskaźniki jak prędkość (nie udało się), na liczbę obrotów na minutę (udało się) i tętno (pół na pół) tylko bez względu na cały świat ciągnąć te pedały w górę.

Zimą trenażer miałam krótki ale intensywny. W ciągu godziny starałam się minimum 80% pracować na całym cyklu obrotu korbą. Godzina to w sam raz, żeby przyzwyczaić nogi do prawidłowego kręcenia.IMG_20150412_130818

Przyszła wiosna, wraz z nią skleroza, pedałowałam po staremu. Jest takie powiedzenie:

czego mały Jaś się nie nauczy, tego duży Jan nie będzie umiał

No więc właśnie. Pierwsze kilkanaście jazd zmarnowałam straszliwie aż do ostatniej, sobotniej jazdy po trasie Podhalańskiego IC. Nogi miałam lekko zmęczone po ponad 100km w ostanie dwa dni. Jednak za punkt honoru postawiłam sobie nie przejmować się osiąganym tempem, nie przesadzić z tętnem ale za wszelką cenę pedałować należycie.

Co to było za odkrycie!

Wzrost mocy, wzrost kadencji, wzrost wszystkiego – dosłownie! Tak się tym podjarałam, że teraz muszę pilnować głowy, żeby świeża nauka nie poszła w las. Jednak gdzieś tam, z tyłu głowy niepokoi mnie myśl, że może jeździłam dwa ostatnie dni z wiatrem? A może to te napompowane opony?

No cóż, pedałować właściwie nie zaszkodzi :)

Baba na Rowerze