Przed weekendowe myśli

149 Przeczytano

Objazd trasy ma dawać realną przewagę nad innymi zawodnikami. Trzeba zapamiętać istotne dla siebie szczegóły, przebieg trasy i na tej podstawie zaplanować plan działania.

Mój pierwszy w życiu objazd trasy uświadczył mnie w braku mojej formy i czarnych myśli, jakie mam na temat startu w dystansie mega. Mam półtora tygodnia na to, żeby się przespać z decyzją, która łatwa nie jest, zwłaszcza, gdy nie ma się ochoty jechać żółwim tempem przez 5,5 godziny (nawet ten czas dla mnie będzie szybkim). Tak długi czas oznacza dla mnie dystans giga lub około 130km po pagórkach szosą.

Naszły mnie również natrętne myśli typu:

  • Czy ja naprawdę tego chcę?
  • Rywalizacji?
  • Zapieku w nogach?
  • Wypruwanie własnych żył po to, aby skrócić czas przejazdu od tego treningowego?

Nie wiem. O ile przez pierwsze 38km trasa średnio mi się podobała, o tyle jadąc grzbietem Gorc, gdzie mniej kamoli i stromych podjazdów wreszcie dawało radochę przypomniało mi się, że w moim rowerowaniu nigdy nie będzie chodzić o ściganie się (bo jestem wolna), o QOMy (bo jestem wolna) czy pedałowaniu tak mocno, aż uda pieką a słony pot kapie do oczu.
Spróbowałam namiastki enduro (z powodu małej ilości zdjęć na których widnieję nie mogę się do tego zabrać) ale to nie dla mnie, maratony mają coś w sobie przyciągającego ale wciąż coś tam grymaszę. Wiem, że brakuje mi towarzyszy na górskie wyrypy, w takim tempie jak na tym objeździe, gdzie jest czas na zrobienie fotki i zjedzenia batonika siedząc na pniu ściętego drzewa. Samemu się nie chce, bo ileż można mówić tylko do siebie, tak to do kogoś żywego się pobiadoli o trudach trasy ;)

Wiem natomiast, że po przeturlaniu tych 55km, kolejnego dnia na szosie mam takie kopnięcie (i to na regeneracji!), że zastanawiałam się, czy aby jednak wiatr mi nie wieje w plecy?

Jaki z tego wniosek?

Ano taki, że nie od dziś wiadomo, że jak góral zmieni profesję na szosę, to jest niesłychanie mocny. Wychodzi na to, że trzeba wskakiwać w tygodniu 1-2x na górala. Z tym mały problemik jest, bo w tym roku jakoś tak bardziej „kocham” szosę. Może dlatego, że na niej osiągam wiatr we włosach, gdzie na góralu takie rzeczy to tylko jadąc w dół? Obydwie odmiany kolarstwa dają frajdę, tylko trzeba mieć dzień na świadome wybranie roweru.

Pozostaje nie biadolić więcej, tylko zaciskać zęby i turlać się dalej w zaparte. A dystans mojego pierwszego w tym roku maratonu wybiorę na dniach.

Baba na Rowerze.