Babska Tygodniówka #22

with Brak komentarzy

W zeszłym tygodniu pobiłam tegoroczny czas spędzony na rowerze w przeciągu tygodnia. W dużej mierze to za sprawą objazdu trasy Cyklokarpat, który zajął mi 6 godzin (5 godzin 18 min ruchu). Pogoda jak na maj to dość chłodna, już pal licho te deszcze (w końcu rośliny muszą z czegoś zakwitnąć) ale temperatury nie są nastrajające zbyt pozytywnie. Koniec pitu-pitu, czas na konkrety:

  • Poniedziałek (4.05): wolne :)
  • Wtorek (5.05): rower/mtb. Pojechałam z Grześkiem i Jarkiem na objazd trasy w Kluszkowcach. To było ogromne doświadczenie. Nie był to może zbyt dobry pomysł, aby zrobić pierwszą jazdę w terenie na MTB na takim dystansie i takich przewyższeniach. No ale. Trasa ciężka, na pierwszych 30km sporo asfaltu a później to już tylko sztajfy, błoto i sztajfy. Nie powiem, wymagająca trasa i czas, jaki nam zajęło jej objechanie sprawiła, że mocno się zastanowię nad zmianą dystansu na MINI. Na szczęście zabrałam wystarczająco jedzenia, co mnie ratowało od jakiejś ogromnej bomby ale były już momenty, kiedy wolałam podprowadzać niż jechać, bo psychika mi siadła. No cóż, temperatura była dość wysoka, dawno takiej nie było – mimo iż lubię upały, to zapomniałam jak się jeździ w takich warunkach ;)

  • Środa (6.05):rower/szosa. Lekka przejażdżka po wtorkowej mordowni. O dziwo jechało mi się tak super, że w drugiej połowie jak nie jechałam 30km/h to wydawało mi się, że strasznie się turlam :) Pierwsze 17km nie mogłam w ogóle dojść do ładu z tętnem, było zadziwiająco niskie i nie chciało się nijak podnieść. Pilnowałam więc dla odmiany kadencji i równego pedałowania. Temperatura w porządku ale bez kamizelki mogłabym trochę zmarznąć. Na trasie zrobiłam 3 przepalenia : wjazd na Dział, płaska w Krauszowie (chciałam dobić 27km w ciągu godziny) i mała hopka w Ludźmierzu.
  • Czwartek (7.05): rower/szosa. Dwie przejażdżki w jednym. Pierwsza to przejażdżka do domu naokoło, żeby dołożyć kilometrów i podziwiać trochę zieleniejącego świata i powrót. Druga część to krótka przejażdżka z Magdą i trochę z młodzieżą (jeeeeeest siła!) Łącznie około 71km w 3 godziny z groszami :)
     

  • Piątek (8.05): wolne. Należy się jak psu kość! A co!
  • Sobota (9.05): rower/szosa. Męczona wyrzutami sumienia z powodu spieprzenia się pogody, ubrałam się jak na front (tak, kupiłam ochraniacze na moje bieluśkie buty) i pojechałam na rower. Z nastawieniem i zapasem żarcia na zdobywanie gór. Nie wiem co to było, już podjazd na Maruszynę dał mi wszelkie przesłanki, że o zdobywaniu gór mogę jedynie pomarzyć. Tętno kompletnie nie współpracowało (było bardzo niskie) podobnie jak nogi. Ledwo przeturlałam nawet po płaskim. Trudno mówić o przemęczeniu… Strasznie mnie dobiła ta jazda. No ale nie można być wiecznie na fali, prawda? Średnia prędkość (po praktycznie płaskim) to 22km/h a tętno… uwaga! – 133ud/min. Taki zakres tętna u mnie pojawia się na zjazdach, lub jak idę żwawym tempem. Coś strasznego.
  • Niedziela (10.05): wolne. Pogoda paskuda i sobotnia „depresja” kolarska skutecznie wpychały mi czekoladowe cukierki do buzi.

Rekord rekordem (11,5 godziny na rowerze), okupiony został kompletną niemocą końcem tygodnia. A może to obniżka przed progresem? A może ponieważ przestałam brać leki i spadła mi odporność? A może to pogoda? Nie wiem, dowiem się jutro :)

Baba na Rowerze