Pierwsze górskie przetarcie. CK w Kluszkowcach

with 4 komentarze

Kluszkowce. Jestem u siebie. Jeden z nielicznych maratonów, przed którym się wyśpię i nie będę beczeć, że weekend wolny od pracy a musiałam wstawać w środku nocy :)
Prognozy pogody nie napawały optymizmem, w głowie kołatały się myśli

byle nie padało. Byle nie padało. Byle nie padało!

Pakowanie dobytku zostawiłam na rano, ponieważ łudziłam się, że nie będę musiała brać niczego poza spodenkami i koszulką. Wzięłam nie tylko spodenki i koszulkę ale i bluzkę z długimi rękawem i nogawki oraz bardzo lekką i kompaktową kurtkę oraz cieplejsze rękawiczki.

Dojazd na miejsce zabrał nam niecałe 30 minut, dłużej chyba szukaliśmy miejsca parkingowego, Kluszkowce całe zrowerowane!

Temperatura oscylowała wokół 12°C, odczuwalna była jako niższa, miałam na sobie kurtkę i bluzę i wcale mi ciepło nie było, wiał wiatr i aura była mocno deszczowa. Na 20 minut przed startem dystansu mega/giga zaczęło nawet kropić i temperatura osiągnęła krytyczne 8°C. Poszłam na dłuższą rozgrzewkę, parę razy pod pierwszy asfaltowy podjazd, później obadałam końcówkę przed metą i popatrzyłam jak startuje pierwsza grupa górskich zapaleńców. Po kolejnej rozgrzewce poszłam ustawić się do ostatniego sektora (swoją drogą, dziwna ta klasyfikacja, powinni poniekąd brać pod uwagę z automatu zeszłoroczne starty).

Usytuowanie startu/mety sprawiło, że grupy się rozciągnęły z samego początku z powodu trudności (dwa ostre zakręty). Jako, że nie byłam specjalnie świadoma jaka jest moja forma w porównaniu do zeszłego roku, starałam się pilnować, żeby nie przeszarżować, z drugiej strony znajomość trasy dała mi przewagę, która pozwalała mi mocniej deptać w pedały kiedy trzeba było oraz jechać na zamiary kiedy indziej.

Szaleńczy pęd po drodze polnej, która na południu Polski bogata jest w kamienie już na początku albo znacząco opóźniła niektórym zawodnikom zawody a innym chyba zakończyła sezon. Mnóstwo leżących bidonów pogubionych w pędzie służyły za pachołki do wymijania. Sama się sobie dziwiłam, że rozwijałam takie prędkości na zjeździe, jednak obecność kilkuset takich wariatów działa niesłychanie mobilizująco. Z wiadomych przyczyn nie patrzyłam na licznik ;)

Zaraz po rozpoczęciu się dość długiego i płaskiego fragmentu na asfalcie zdjęłam kurtkę a zza chmur nawet wyjrzało słońce. Punktualnie po 50 minutach (ok. 10km) a przed pierwszym i ostatnim podjazdem o długości 9,8km zjadłam żela, żeby zdążył się wchłonąć i zadziałać za kilka minut. Była to dobra decyzja. Może nie szłam jak strzała ale udało mi się kilka zrezygnowanych osób wyprzedzić pod górę. Zaczęło się pierwsze błoto, którego nie było nawet tak dużo, jednak ostatnio na tańczącym Ralphie napędziło mi trochę strachu. Tym razem strach ten załatwiłam Czarną Panterą xtrac z Vredesteina. Spisała się.
Ciągle jadąc, szczęśliwie bez schodzenia z roweru, mijałam zawodników, których dopingowałam, aby się nie poddawali :) I te ich zdziwione miny :) Rozpoznając miejsce, w którym się znajdowałam, wciągnęłam połówkę drugiego żela (tym razem z kofeiną), aby mieć siłę na finisz i nie pić go na wymagającym zjeździe. Rozpoczął się zjazd, który straszył ogromną kałużą, którą sprytnie objechałam lasem a nie jak niektórzy zawodnicy tłukli się po błocie i rozpoczęłam sprawdzian dnia. Jechałam jak natchniona, parę razy w oczy zaglądnął mi strach, jednak jakoś się wyratowałam. Gdzieś w połowie przestrzeliłam zakręt, na którym jakiś facet mnie wyprzedził, popatrzyłam do tyłu – nikogo nie ma, jadę dalej!
Wyjeżdzając na asfalt krzyknęłam z radości

juuuhuu!

i pomknęłam w dół, żeby zaatakować ostatni podjazd.

Na tym podjeździe znów urosły mi skrzydła, wyprzedziłam młodociana, z którym kilkakrotnie się szachowałam na trasie, później dziewczynę i zobaczyłam juniorkę z NKK.JMP race i próbowałam ją złapać ale Ala miała przewagę zjazdów przede mną.
Ostatni zjazd, pyliło strasznie, asfalt i finałowy podjazd! Zablokowałam sobie amortyzator (tak!) i wrzuciłam wcześniej lekkie przełożenie i zaczęłam pokonywać „schodki”. Z początku nie szło mi ale wstałam z siodła i wisząc tyłkiem w przestrzeni zaczęło mi się miękko podjeżdżać i zauważyłam, że Ala opadła z sił i ledwo turla się do mety i zaczęłam mocno deptać. Wtem na ratunek przybiegł Janek, który zaczął Alę straszyć moją osobą (aż taka brzydka nie jestem :P) i takim oto sposobem znalazłam się na mecie kilka sekund za Alą :) Pogratulowałam jej i pozdychałyśmy sobie razem za metą.
Ostatecznie osiągnęłam lepszy czas o 4 minuty od planowanego/wymarzonego, co dało mi ogromną satysfakcję. Średnie tętno z wyścigu 170ud/min. Pełny gaz niemal przez cały wyścig!

Po opadnięciu emocji, umyłam rower, na szczęście kolejka nie była zbyt długa (4 myjki + stojaki ułatwiające mycie rowerów z każdej strony) i przebrawszy się w suche i pachnące ciuchy poszłam jeść. Makaron był ilości mikroskopijnej na talerzu, na szczęście nie byłam tak głodna, jak po standardowej i znacznie dłuższej wyrypie na dystansie mega. Smakował bez rewelacji, jednak sytuację ratowała Coca-Cola waniliowa i dobre towarzystwo.

Niezbyt duża i smaczna porcja marakonu, Coca-Cola i Szarak!
Niezbyt duża i  niezbyt smaczna porcja marakonu, Coca-Cola i Szarak!

Po niedługim czasie przeżyłam zaskoczenie, bo organizator od razu zabrał się za dekorację dystansu hobby (w sumie to dobry pomysł), po około 40 minutach nastąpiła dekoracja mega a na giga nie czekałam, bo żaden z moich znajomych nie obiera sobie tego dystansu. W domu byłam przed 18-tą. Świetne uczucie :)

Wyścig zakończyłam na 9 10 miejscu w kategorii OPEN Kobiet, 3 4 miejscu w HK2 i 91 92 Hobby Open.

Krok następny – Wojnicz Polańczyk :)

Baba na Rowerze