Babska Tygodniówka #26

130 Przeczytano

Pierwszy tydzień czerwcowego wyzwania był dość upojny. Sprzyjająca pogoda (doczekałam się upałów) pozwoliła wykręcić grubo ponad 300km w ciągu tygodnia. Jak na mnie wynik ten był super. Zrobiłam „zapas” na kryzysowy tydzień. Drugi tydzień był tygodniem, gdzie minimalne 250km osiągnęłam nieco większym wysiłkiem niż w pierwszym tygodniu, ale nie ma co rozpaczać :)

  • Poniedziałek (8.06): wolne
  • Wtorek (9.06): rower (szosa). Strasznie się mi nie chciało iść dzisiaj na rower. Ostatecznie zebrałam ostatnie siły i wymyśliłam sobie pagórki. Temperatura początkowo wydawała się być zbyt niska na moje ubranie, ostatecznie było mi tylko lekko zimno na zjazdach. Męczyłam się na stojaka na podjeździe ze Skrzypnego na Bańską, w ogóle już pod Maruszynę czułam, że mięśnie mnie bolą. Ale zacisnęłam zęby i pojechałam :) Uważam, że miejscami, patrząc na tętno oczywiście pocisnęłam treningowo :)
  • Środa (10.06): rower (szosa). Lekka przejażdżka. Z odpoczywającą Magdą ;) Początkowo zimno, później żeśmy się rozbierały.
  • Czwartek (11.06): rower (szosa). Płaskacz jak krzywy stół – miałam mało czasu, stąd zamiast męczenie się na podjazdach wybrałam płaskacz. Szybki, niezbyt męczący i tyle kilometrów ile trzeba. Minimum założone spełnione. Temperatura odpowiednia :D Ponad 10km jechałam w dolnym chwycie i jest to istna masakra :) 

     

  • Piątek (12.06): rower (szosa). Od pierwszych kilometrów byłam jakoś dziwnie rozkojarzona, nogi mi się ciężko kręciły i zamiast planowanej trasy IC, była wycieczka do domu, gdzie spędziłam godzinę siedząc w ogródku głaszcząc psa. Po przerwie pojechałam na płaski teren i stwierdziłam, że troszkę lepiej mi się jedzie i nakręciłam 50km. Mogłoby być lepiej.
  • Sobota (13. 06): rower (szosa). Forma dojazdowa do pracy, gdzie dorobiłam sobie pieniążki na wydatek. Później miał być to mój transport na zmęczonych nogach, ale w sam raz na rozkręcenie przed odsypianiem. Niby 20 km ale chyba 15km pod górę. W upale. Ale dałam rady :)
  • Niedziela (14.06): rower (szosa). Jazda z pracy do domu. Widzieliście ten dramat w trzech aktach. Jednym słowem opisuje je to zdjęcie:

    Później nastąpiło odzyskanie sił i obawa przed tym, że dobra pogoda się dłużej nie utrzyma (przeczucie?) i pojechałam na drugą jazdę tego dnia, tym razem na MTB :)

    rower (MTB). Mimo ogromnego zmęczenia i obolałych stóp postanowiłam spróbować przejechać się na rowerze górskim z myślą, że przecież zawsze można zawrócić. Tempo jakie utrzymywałam, to było z gatunku spacerowych, jednak dzień mamy długi, nigdzie mi się nie spieszyło. Temperatura dawała w kość, było dość ciepło (bywało goręcej) i przez nią miałam złudzenie, że mam tętno strasznie wysokie (a było o 15-20ud niższe niż myślałam). Czarny szlak od Obidowej częściowo pchałam (na kamienistych podjazdach) częściowo jechałam. Fajny, aktywny relaks. Pierwszą i małą przerwę miałam przy ołtarzu myśliwych, na zjedzenie banana, później troszkę dłuższa na schronisku, gdzie wypiłam bidon przegotowanej wody, uzupełniłam jeden bidon i pojechałam dalej, już bez przerwy (co najwyżej na zdjęcia, których natrzaskałam sporo).

    Po zjeździe z Kiczory odbiłam na czarny szlak prowadzący do Łopusznej i sobie pobrykałam na dość długim zjeździe, gdzie zagotowałam okładziny hamulcowe i tarcze… przerażające uczucie, gdy ściskasz hamulce a one nie hamują więcej niż to, co już hamują. Sytuacja wróciła do normy ale stracha miałam a było dość stromo w dół przez kilka kilometrów. Ogólnie nie jestem przesadnie zmęczona po jeździe, jestem bardzo bardzo zadowolona z dzisiejszej jazdy :)

Jak widzicie, te ledwo ponad 250km w tym tygodniu minęło raz lepiej, raz gorzej, ale dało się dopiąć wszystko jakoś w terminarzu :)