Operacja: rowerem na wschód słońca

219 Przeczytano

Plan wycieczki rowerowej przesunął się o tydzień, z powodu – a jakże – pogody. I dobrze się stało. Iwona jak zwykle gotowa na nowe wyzwanie wyjawiła chęć przeżycia przygody, pozostało tylko obmyślić plan, przygotować się i zrealizować. Po zasiedzeniu do późna (gadatliwy Chłop) , poszłyśmy spać na 2,5 godziny przed planowaną pobudką.

Pobudka w wolny weekend o 3:30 to nie jest to, co się marzy koneserom snu. Pierwsza myśl, jaka pojawiła się w głowie, brzmiała:

a może Iwona nie słyszała budzika?

Może i nie słyszała, udałam się na 10min drzemki, ale sumienie nie pozwalało mi spać a ciało mówiło co innego. Przyznam się po cichu, że były to parlamentarne słowa.

Jednak na szczęście przemogłyśmy chęć powrotu do łóżka i z pół godzinnym poślizgiem, po zjedzeniu owsianki z dżemem i wypiciem kawy (zamiast 4:00 wyruszyłyśmy 4:20) ruszyłyśmy z kopyta na alternatywne miejsce, gdzie miałyśmy „łapać” wschodzące słońce. Na nasze szczęście okazało się, że w przypadku Nowego Targu wschód nastąpił prawie pół godziny później niż był zapowiadany. Po strzeleniu kilku fotek wyruszyłyśmy na wycieczkę, która była jakby nagrodą za wczesną pobudkę.

Co ciekawe, temperatura jest odwrotnie proporcjonalna do wysokości słońca między 5 a 7 rano. O 4:20 było ciepło, całe 17 stopni. Godzinę później żałowałam, że nie wzięłam czegoś oprócz bluzy. Zęby nam przez chwilę dzwoniły, jednak z pomocą przyszły wszędobylskie wzniesienia, gdzie spadała prędkość a tętno windowało w górę :)
Na cześć zakończenia asfaltu pomyliłam nieznacznie szlak, co skończyło się z pchaniem roweru pod górę, jak na Wierchomli w zeszłym roku pod stację narciarską ;) na szczęście Iwona chyba w ogóle się nie złości :P i na moje zapewnienia, że będzie krótko ale treściwie reagowała poczuciem humoru ;)

Niech to zdjęcie zobrazuje Wam moc nachylenia. Na moje oko było tam milion procent.
Niech to zdjęcie zobrazuje Wam moc nachylenia. Na moje oko było tam milion procent.

Dotarcie do czarnego szlaku zrekompensowało natychmiast trudy wypychania roweru pięknym, porannym widokiem na nasze kochane Tatry :)
Miałyśmy świadomość, że jesteśmy w trasie już kilka godzin, jednak zegarek wskazywał „młodą godzinę”, co działało mocno motywująco. Po drodze na Turbacz obyło się bez jakichś wpadek mechanicznych, ja omało nie przytuliłam gorczańskiej ziemi (co nie było mi na rękę z powodu aparatu w plecaku), jednak udało mi się w ostatniej chwili wypiąć buta.

Mała przerwa po wytarganiu rowerów na czarny szlak  z Obidowej do Bukowiny Miejskiej (żółty)
Mała przerwa po wytarganiu rowerów na czarny szlak z Obidowej do Bukowiny Miejskiej (żółty)

Z dwoma małymi przerwami na jedzenie dotarłyśmy do schroniska na (a właściwie pod) Turbaczu, gdzie nagrodziłyśmy się jajecznicą i coca-colą.
Aby nie ruszać w trasę z dziwną mieszanką w żołądku, postanowiłyśmy odpocząć przed kontynuacją wycieczki. Było to potrzebne, do tego miałyśmy do dyspozycji jeszcze cały dzień! (była dopiero 9 rano).

Po przerwie nacieszyłyśmy nasze nogi zjazdem na czerwony szlak, gdzie postanowiłam, że pojedziemy sprawdzić co znajduje się na Jaworzynie Kamienickiej. W sumie to te belki, które tam zostały z niewiadomego mi powodu tam położone, chyba miały na celu być narzędziem gwałtu na rowerzystach. Wytrzepało nas konkretnie, ale my jesteśmy twarde i nie dałyśmy się zastraszyć i zobaczyłyśmy polanę i… zawróciłyśmy.

Tym razem z Kiczory w dół, czarnym szlakiem do Łopusznej. Po drodze był cudny las, gdzie zrobiłyśmy sobie super fotki. Ja Iwonie za 2 albo 3 razem a Iwona mnie za… hmm niech no policzę – znośnie udało jej się trafić na mnie za 37 razem. Nie, nie żartuję. Ale fota jest, fotograf jest uwieczniony na wymarzonej focie i jest szczęśliwy ;)

Upragniona fota in-motion
Upragniona fota in-motion

Czarny szlak… obfituje w dużej ilości zjazdy o nachyleniu takim, że przy mocniejszym naciśnięciu przedniego hamulca łatwo przelecieć przez kierownicę. Poza tym wymaga szczególnej uwagi i trzeba lubić szybkie zjazdy, inaczej przedramiona bolą od hamowania. Sama trasa szczególnie widokowa nie jest, poza miejscem, gdzie jest Staw Pucułowski. Próbowałam polować na ważki, jednak mój kitowy obiektyw nie podołał zadaniu. Poddałam się i wróciłyśmy na szlak. Już blisko asfaltu!

W końcu przygoda z prawdziwym MTB dobiegła końca. Później był już tylko relaks, który między innymi wyglądał tak:

Trzeba przyznać, że to był naprawdę dobrze spędzony dzień. Choć pobudka w środku nocy (dosłownie) nie była tym, co lubię najbardziej, wrażenia całkowicie zmywają z pamięci ten nieprzyjemny fakt. Jeszcze coś takiego powtórzę!

Na koniec dam Wam relację Iwony, dla porównania :D

Baba na rowerze