Tatra Road Race – na Podhalu próżno szukać płaskiego!

with 4 komentarze

Brak snu i sraczka

We wtorek byłam na objeździe nieznanej mi do tej pory górki. No… zrobiła na mnie wrażenie, menda jedna. We czwartek płakałam do Lada Godzinki na fejsie, że ja nie dam rady, że raz to jeszcze bym wyturlała, ale dwa razy i to razem z Czerwiennym i Bachledówką? Nie! Błagałam Krystiana, żeby mnie przepisał na krótki dystans.
Ale do akcji wkroczyła Lada Godzinka i jakoś pokrętnymi drogami (różne rzeczy mi obiecała ;)) udało jej się namówić mnie do pozostania przy długim dystansie.
Z piątku na sobotę zasnęłam dość szybko i tak też się obudziłam. Godzina 6:00 rano a ja łażę po domu w poszukiwaniu jakiegoś odstresowującego zajęcia. Nic się nie znalazło, wróciłam do łóżka, poleżeć, ale cierpiałam na syndrom niespokojnego ducha i męką było wyleżeć pozostałe 1,5 godziny (zaleta zawodów na miejscu). Normalnie w sobotni ranek o 6 rano to najwyżej możecie pooglądać jak przewracam się na drugi bok. Kilka razy odwiedziłam kibel i zastanawiałam jak wepchać w siebie miskę owsianki, skoro ledwo mi kawa wchodzi?

Nadeszła godzina umówionego spotkania, skąd miał mnie Buła odebrać i zawieźć do Zakopanego. Oczekując na kolegę posłuchałam sobie motywującej muzyki i fałszując cicho pod nosem starałam się myśleć o tym, że niedługo będzie 17:00 i już będę po wszystkim ;)

Stres, kraksa i bomba

Nie ukrywam, że oprócz przewyższeń przerażała mnie jazda w peletonie. Nigdy nie startowałam na zawodach szosowych i łatwość, z jaką można leżeć w kraksie mnie przerażała (naoglądałam się Giro i Tour De France). Do tego ci wszyscy wycieniowani kolarze,w tym panie. To, że przyjadę ostatnia, to mnie nie ruszało, bardziej bałam się, że nie wyrobię się w limicie (który wynosił 6 godzin), bo jakoś miałam obawy o nogi po czerwcowym tysiącu.
Po rozgrzewce ustawiłam się w sektorze i zdziwiłam się (żeby nie napisać rozczarowałam) brakiem kilku osób, które szumnie zapowiadały swój udział w tej imprezie a po nich ani śladu. Myślałam, że sobie podejdę do kilku z nich na luzaku i pogadam. No cóż, nie tym razem. Na starcie widać było, że peleton nie jest aż tak liczny jak można było wywnioskować z listy osób zapisanych na Timedo.pl (na długim wystartowało 97 osób a na krótkim 76 odważnych).

Byle nie zejść z roweru

Początek zapowiadał się dla mnie niemrawo. Wszyscy wystrzelili jak z procy, a ja już mam 179ud/min i jadę sama!? Co jest grane? Obejrzałam się do tyłu i uspokoiłam się, że nie zostałam ostatnia ;)

fot. Piotr Kołodziej

Pierwsza selekcja nastąpiła na Salamandrze, prowadzącej na Gubałówkę. Wszyscy, którzy się ze mną zrównali lub wyprzedzili (mam na myśli osoby, z którymi przyszło mi jechać później 1/3 trasy) mnie na płaskim zostali przeze mnie na Salamandrze wyprzedzeni. Później nastąpił długi zjazd i trochę płaskiego, gdzie zostałam dogoniona (jakoś mi to nie przeszkadzało) przez 3 albo 4 dziewczyny i 2 facetów i tym sposobem uformowała się fajna grupa, w której spędziłam przyjemne 40km. Grupka czasami niepotrzebnie szarpała, zamiast sobie pomagać i wspólnie przejechać trasę, to były próby zerwania z koła. Na moje szczęście na drodze były wzniesienia gdzie mogłam dokleić się do „uciekinierów”.

fot. Barbara Dominiak

Na około 45 km nastał pierwszy smaczek, podjazd Pitoniówka (pieszczotliwie nazwana przeze mnie w sobotę Pizdoniówką), którą nie bez powodu straszyłam moich towarzyszy niedoli, mówiąc im, żeby zachowali siły i nie szarpali tyle na płaskich fragmentach. Nie posłuchali i spotkał mnie później przykry widok, jak każdy z nich po kolei zsiada z roweru i pcha rower pod górkę. Ja miałam postanowienie o nie schodzeniu z roweru, jak już, to dopiero na mecie i jakoś przepchałam rower, choć myślałam, że z każdym kolejnym oddechem wypluję płuca i się porzygam. Jednak o tej ostatniej czynności pozwolił mi zapomnieć komitet powitalny postawiony na premii górskiej przez burmistrza gminy Szaflary, gdzie stała kapela góralska i przygrywała kolejnym przejeżdżającym śmiałkom :)

Oprócz kapeli była liczna grupa kibiców, który robili taki wrzask, że zagłuszali cały ból do zera. Tak bardzo mi się to spodobało, że wzruszyłam się i nawet przez chwilę zachciało mi się beczeć :)
Przed tym właśnie podjazdem zostałam zdemaskowana przez Alicję Zajączkowską z Fundacji Teraz Twój Ruch Ladies Team i moje bycie incognito trafił szlag :)  A wydał mnie mój Trekuś. Zdrajca.

Niedola uciekiniera i pierwsza słabość

Nie sądziłam, że oderwę się na Pitoniówce na amen od moich towarzyszy. Gdybym wiedziała, że pozostałe 65km pojadę sama, to chyba bym na nich zaczekała (serio!). Prędkość mi spadła podobnie jak motywacja. Jadłam, piłam i turlałam się w stronę drugiej rundy cały czas jadąc w pojedynkę. Zaczęłam śpiewać piosenki (na głos), rozmawiać ze sobą (w języku angielskim, żeby nie było tak łatwo) ale i to się znudziło i już tylko smętnie wodziłam wzrokiem po liczniku, śledząc ile jeszcze zostało kilometrów do końca.

Ból brzucha i całego ciała

Na 85 km dopadł mnie kryzys. Rozbolał mnie żołądek, do tego stopy, które nigdy nie były tak długo uwięzione w carbopodeszwach zaczęły protestować, jakby tego było mało, również plecy zaczęły strajkować, że pozycja im się nie podoba. No dramat samotnego jeźdźca.
Jeść już nic nie mogłam, na szczęście na bufecie przy zmianie bidonu Rafał wlał mi wody zamiast umówionego izotoniku i mogłam odpocząć od tej chemii i cukru. Miałam ochotę na zimne piwo i kiełbasę zamiast kolejnego słodkiego batonika. Pozycja na rowerze jaką przyjmowałam, to stanie przez 5 sekund, żeby wyprostować plecy, dłużej się nie dało, bo przecież stopy niemiłosiernie napieprzały. O tym, jak głęboki był to kryzys (a właściwie brak rywalizacji) świadczyły międzyczasy – na pierwszym pomiarze do Lada Godzinki traciłam ok 25 minut, na drugim już 20 minut więcej.

Powrót do rywalizacji

Przy dojeździe do Zębu (100km) doszła mnie jedna dziewczyna (Sylwia Piszczatowska), początkowo olałam fakt, iż zostałam wyprzedzona, za bardzo przejęta byłam swoim bólem i ilością wody, jaka została mi w bidonie. Po czym szybko gdzieś tam w środku znalazłam nadzieję w tym, że być może słabo podjeżdża. Ale co z tego, skoro ja sama ledwo się turlam?
Okazało się, że i tak szybciej się turlałam od niej ;) Poczułam w trakcie podjazdu na Słodyczki, że zaczyna mnie brać jakiś cholerny kurcz w udzie, co było ostatnią rzeczą o jakiej mogłam marzyć. Zaczęłam sobie wmawiać, że mam jeszcze 2 litry wody i że nie mam prawa dostać skurczu, bo przecież jadłam! Pomasowałam sobie udo, i jadąc do góry nie ciągnęłam pedała, żeby nie wpraszać niepotrzebnego gościa.


Salamandra, Mercury ach to wy!

Jeszcze nigdy się tak nie cieszyłam na widok Salamandry i Mercurego jak wtedy. Wiedziałam, że zrobiłam przewagę nad konkurentką (zniknęła mi z pola widzenia na Słodyczkach) i teraz będzie tylko z góry. Dostałam skrzydeł i poszłam po gazie. Końcowe, zasrane 600m pod górę pedalowałam ile sił, żeby skrócić swój czas i męki jak się tylko da. Na mecie było mi tak niedobrze, że chwilę po jej przekroczeniu położyłam się na rozgrzanym asfalcie a znajomi stali mi nad głową i plotli jakieś głupoty, że druga jestem :)

Kilka słów o organizacji

Organizacja imprezy była super. I nie mówię tego dlatego, że Tatra Road Race robili moi znajomi. Mówię to dlatego, że oni sami się ścigają i widzieli już niejedno i postarali się ograniczyć ilość niedogodności do minimum. Trasa zabezpieczona była genialnie, zwłaszcza Salamandra i wszystkie skrzyżowania. Tylko i aż jeden kolarz się poturbował na zjeździe, został zabrany do szpitala, ale przy dekoracji przekazano nam, iż wyszedł na własne żądanie i wszystko z nim w porządku. Własnoręcznie sprzątali piasek z drogi w miejscach, gdzie mógł być niebezpieczny.

Jedzenie było pyszne i samemu się nakładało ile brzuch żądał. A lokalizacja? Siedzisz na trawce, jesz pyszny makaron, popijając zimnym piwem podziwiasz Giewont i panoramę Tatr. A nie jakieś amfiteatry w środku lasu :)

Ilość nagród oraz rodzaj nagród świadczyła o hojności darczyńców ale i dobrego przedstawienia imprezy sponsorom przez Krystiana i Czarka. Bo nagroda w postaci żywej gotówki na zawodach amatorskich za odpowiednio wysoko zajęte miejsce OPEN to chyba nieczęsty widok?

Nawet mój Chłop, który przyjechał dzielnie mi cykać fotki jak pruję do zarzygu na metę stwierdził, że nie było do czego się przyczepić.

Zaprawdę powiadam Wam, że ci, którzy się wybierali, zapisali a nie przyjechali – daliście d..y, bo tak dobrze zorganizowanej amatorskiej imprezy w Polsce w tym roku już nie znajdziecie!

 

fot. Barbara Dominiak

Jest poniedziałek, godzina 18:50 a ja sobie myślę, że mimo tego bólu, wysiłku to było jednak super i chce mi się znowu tyrać na Tatra Road Race! Baba to jednak skomplikowana istota jest :)

Na potwierdzenie moich słów na temat organizacji imprezy wystarczy wejść na profil Tatra Road Race na facebooku i poczytać co tam ludzie wypisują. To nie jest słodzenie, bo moi znajomi. To była po prostu wzorowo zorganizowana impreza!

Tatra Road Race, mimo iż potwornie się zeszmaciłam, w przyszłym roku też będę!

Baba na Rowerze pod Rowerem (ze zmęczenia)

PS.

Dla tych, których nie było i chcieliby się zrehabilitować, na przyszły rok wstępna data to 10 lipca. Gdyby się dało zapisać w tej chwili, zrobiłabym to! I Tobie też radzę.