Niedzielna opowiastka o Mazovii w górach…

with Brak komentarzy

Ostatnio mam jakieś dziwne zawirowania psychiczno-fizyczne. Wracam zła z pracy (bo późno i coraz więcej obowiązków), na rower mi się nie chce iść, bo po pracy bolą nogi. Albo po czerwcowym tysiącu. Na luzie (jeśli chodzi o formę) podeszłam do Tatra Road Race, Mazovię na szosie musiałam skreślić z kalendarza, a na MTB stwierdziłam że nie mam ochoty przeznaczać jedynego dnia wolnego. I to w taki upał. Postanowiłam więc wcielić się w rolę dobrego ducha, pokibicować fluoludkom (JMP.race) i przy okazji wypełnić redaktorskie obowiązki (velonews.pl) i zrobić zdjęcia uczestnikom Mazovii przy okazji ich trochę dopingując / dołując (o tym później).

A było to tak…

W niedzielny poranek, skoro świt o 9 wstałam wreszcie wyspana, pierwszy raz od 6 dni, zjadłam śniadanie, poleniuchowałam na kanapie, nadrobiłam internetowe zaległości. Spakowałam się do mojego nowego, ukochanego plecaka (o nim będzie kiedyś) – aparat, który za cholerę nie chce się normalnie zmieścić, tylko trzeba kombinować oraz ubrania cywilne – jechałam na niedzielne po południe do dawno nie widzianych rodziców.

Prawy dolny róg. Nie patrz w dół, w dół nie patrz!
Prawy dolny róg. Nie patrz w dół, w dół nie patrz!

Po drodze pod pensjonat „Jodła” w Nowym Targu, skąd rozpoczynają się KOMy na Turbacz, gdzie miała jechać Mazovia (dystans Mega i Giga) przejechałam obok lodowiska, gdzie odbywała się wystawa psów, popatrzyłam na mojego pięknego, ale kulawego Burzana (pechowo zeskoczył z ławeczki) i pojechałam na miejsce umyślane wcześniej na kanapie.

Burzanek w zimowej oprawie
Burzanek w zimowej oprawie

Było pioruńsko gorąco. Celowo omijałam wzrokiem prawy dolny róg, gdzie miałam wskaźnik temperatury. Nawet sobie włączyłam mapę, choć drogę znam jak własną kieszeń. Mimo to, jechało mi się dobrze pod górę, przy końcu asfaltu wyprzedziłam dwójkę rowerzystów radośnie się z nimi witając. Moim celem było zrobienie „paru” zdjęć inmotion, czyli poruszonych, ale ostrych. Potrzebowałam więc do tego cienia.

Jeden z umęczonych. Ale uśmiechniętych mimo upału i trudnej trasy. Galerię obejrzysz po kliknięciu w zdjęcie

Przyjechałam trochę za szybko, po jakichś 30 minutach czekania nadjechała czołówka i wreszcie było co robić. Pierwszy fluoludek to Kat Podhalański (współorganizator TRR), więc powiedziałam mu tam parę cierpkich, w angielskim stylu słów, taki doping.

Przejeżdżali kolejni, umęczeni bracia i siostry, niektórym dodawałam otuchy, innych dobijałam, że

najbliższe 10km to zapomnij, że będzie z góry

Zastanawiałam się, kto bardziej dobijał mijających mnie śmiałków – leżący w krzakach Trekuś (szosa) czy radosna ja, Baba. Stwierdzam, że jedno i drugie :)

Po 1,5 godzinie postanowiłam odpuścić ostatnich jadących i pojechałam do domu. W taki upał to bez wody ani rusz, ale wysoka temperatura ma swoje plusy – napędza mnie do utrzymywania wysokiej średniej prędkości :) Nie trzeba się polewać wodą ;) Aczkolwiek z dobrego serca podzieliłam się z Lada Godzinką moim bidonem i jechałam o suchym pysku. Po 10km musiałam się zatrzymać i kupić wodę. W małej butelce była tylko gazowana. Kij z tym, byle była mokra!

***

Teraz siedzę i piszę te słowa i żal mi nie jechać do Zakopca na Cyklokarpaty i JoyRide, ale po prostu nie mam weny do ścigania się. Nawet do kręcenia w ogóle. Muszę dać odpocząć nogom, żeby mnie nie bolały i w końcu jechały pod górę tak, jak ja tego chcę. Ale na samej imprezie nie powinno mnie zabraknąć, w końcu mam tam jakieś … skromne 25km!

Baba na Rowerze