Dwie strony medalu Tour de Pologne

125 Przeczytano

Tour de Pologne – te trzy słowa najczęściej były powtarzane w zeszłym tygodniu. Przez nasz piękny bardziej lub mniej kraj przetoczyła się karawana i tradycyjnie jak co roku dotarła również na Podhale.

Amatorzy

Korzystając z tego, że nie było aż tyle pracy ile się zapowiadało, wzięłam wolne w piątek, dzięki czemu miałam dłuższy weekend, wypełniony do granic możliwości.
W piątek również oprócz 6 etapu TdP była gratka dla amatorów (i zawodowców) kolarstwa, co było celem numer 1 na ten dzień. Dziwnie to brzmi, ale zawodowcy byli przy okazji. Priorytetem było ulżenie w cierpieniu (był istny piekarnik) Mateuszowi (VN) i tylu kolarzom, dla ilu mi starczyło wody (bidon + 2 butelki 0,75l) i ewentualnie wypchnąć te parę metrów do góry. Pierwszy raz na takiej imprezie byłam i powiem Wam, że to jest niesamowite uczucie.

Jedni wyjeżdżają, inni wypychają
Jedni wyjeżdżają, inni wypychają

Czołówka, w której znalazł się Krystian a parę sekund za nim Mateusz pojawiła się jakąś godzinę po naszym dotarciu na Gliczarów (w moim wypadku wypchaniu roweru i dobytku). Był czas na przygotowanie się do zadań specjalnych. Pchając rower do góry podziwiałam milion napisów na jezdni, rosło serce jak wymieniani zostali praktycznie wszyscy Polacy jadący w wyścigu + jakieś prywaty.
Czołówka przyjechała, gardła, butelki i nogi poszły w ruch. Nie wiem, czy mi uwierzycie, ale oni wyjechali na Gliczarów bez zakosów! W moim wypadku chyba nawet z zakosami nierealne (podjadę się tam sprawdzić przy nieco niższej temperaturze :) ). Jak już przejechali nasi (tego dnia wszyscy byli wyjątkowo mocni!) to resztki wody poszły na „przypadkowych”. Oczywiście nie było to chamskie polewanie i posiadanie z tego frajdy, tylko szybkie pytanie –

chcesz się napić? Polać cię? Popchnąć pod górę?

Baba spełniarka życzeń normalnie. Gdy już mocniejsi męczyli się pod Bukowinę, coraz więcej osób pchało rowery, zachęcałyśmy do wsiadania na rower, bo największe trudy były już za zawodnikami. Pomagaliśmy im ruszyć z miejsca, zagrzewaliśmy do walki. Kto był, ten potwierdzi, że nie stałyśmy tam bezczynnie. Najfajniejszą „zabawą” było wyłapywanie dziewczyn w tłumie i dopingowanie płci pięknej. A co, należy im się! Nawet trafił mi się „fejm” w postaci rozpoznania przez jedną z czytelniczek/Lubisiek (pozdrawiam!), zbiło mnie to nieco z tropu :P

Zawodowcy

Po kilku godzinach przerwy pora było się ustawić w jak najlepszym miejscu na Gliczarowie, aby dopingować naszych Orłów. Tempo pod ściankę było wolniejsze i znacznie ułatwiało identyfikację jadących, dzięki czemu nasi dostali praktycznie indywidualny doping ;) Jak przejeżdżał Kwiato, a przez pierwsze rundy przejeżdżał naprawdę mocno – wrzask był nie do opisania. Gardło piekło jak po wypiciu zupy z chilli.

Dajesz dajesz! Allez allez! Go go go! Jedziesz, jedziesz! Hopaj hopaj hopaj!

Jako, że nasi jechali naprawdę dobrze dwa okrążenia, wrzawa tego pikniku była ogromna. Jak na każdym wydarzeniu sportowym wysokiej rangi. Zabawę psuł strażak, który nadgorliwie wypełniał zlecone mu zadanie (utrzymywać czysty asfalt na czas przejazdu peletonu). Na tyle kibice byli uprzejmi i pokojowi, że nie zadeptali biedaka, bo to, co wyprawiał strażak przechodziło pojęcie etyki. Raz doszło do utarczki z dwoma kibicami i dziwię się, że nikt ruszył w złości na niego. Aaa no tak, kibice kolarstwa to nie kibole ;) Tak czy siak, facet wyglądał, jakby mu kobieta pół roku nie dawała i nie miał chyba prawa być na tej imprezie, skoro policjanci również obecni na „ściance” problemu nie robili.
Duży plus dla organizatora za zrobienie strefy kibica, gdzie można było kupić picie (piwo, wodę i napoje), zjeść grillowane jedzenie i zobaczyć relację na telebimie. Relacja ta była trochę późno (tak jak w TV) i nie miała głosu i tak naprawdę mało kto zdecydował się zejść z zacienionego lasu na odsłoniętą polanę obejrzeć finałowe kilometry (może gdyby jechał Polak to by zeszli). Właśnie fakt, że niemiłosiernie grzało, to leżaki mało kogo skusiły, żeby z nich skorzystać a trochę szkoda. Z drugiej strony można było jakiś namiot lub zadaszenie zrobić.

Amatorska kolumna samochodów

… no właśnie. Ręce opadają i nie chce się nawet o tym pisać ale czuję się w obowiązku poruszyć ten temat. Nie byłam nigdy na Giro d’Italia czy Tour de France i nie wiem jak to wygląda z tej strony, jednak kolumna samochodów pełnych modelek, które nie do końca zdają sobie sprawy, gdzie się znajdują i młodocianych tudzież warszawskich kierowców stwarza realne niebezpieczeństwo na drodze. To, co widziałam ja oraz uczestnicy TdPA wołało o pomstę do nieba. Nie dość, że panowie od balonów musieli rozkładać balon akurat w czasie przejazdu 1700 zawodników, to jeszcze stanęli samochodem na jednej połowie drogi zwężając „gardło” i upośledzając ruch zawodników. Ale samochody organizatorów, nieoklejonych żadnymi naklejkami oprócz „VIP – XX” oraz reklamowe prowadzili w większości zupełnie niedoświadczone w takim terenie kierowcy. Nie będę przytaczać słów kolarzy, jakie wyrywały się, gdy samochód z kolumny na siłę wepchał się między zawodników a stojący samochód od tych od balonów. Albo jak samochód skręca w lewo, gdzie pcha się motor z kolumny, którego nie widzi… no ja się dziwię, że nie było żadnej poważnej kraksy. Więcej szczęścia niż rozumu. Najwięcej „frajdy” sprawił Range Rover z napędem na 4 koła, który nie mógł wyjechać pod górę i wypychało go ze dwudziestu chłopa – no śmiechu warte!

Takie porządne auto a nie mogą wyjechać pod górę
Takie porządne auto a nie mogą wyjechać pod górę

Jak miał wyjechać, jak przez chwilę próbował zamiast na pierwszym biegu to na wstecznym? Że nie rozjechał nikogo z pchających przy tej okazji? Szczęście. To już balony nie wystarczą, tylko musi być milion aut, które prowadzą osoby, którym się trafiła fucha, lub dostały z umowy sponsorskiej przejazd na TdP? Słabe to. Tym bardziej, że narażały w kilku przypadkach utratę zdrowia uczestników TdPA.

Baba na Rowerze