Rowerowy Wiedeń

with 4 komentarze

Słowem wstępu

Tak się jakoś złożyło, że wylądowałam na pewien czas w Wiedniu. W końcu sprawiłam sobie sprzęt, który w miarę pozwoli mi zostać w kontakcie ze światem wirtualnym, więc nie dziwcie się, że najbliższe wpisy i posty na fan page’u będą głównie związane z Wiedniem, tutejszymi ścieżkami (niebo! Aż strach pomyśleć czym jest Holandia ;)).

Pierwsze 3 tygodnie na obczyźnie nie były łatwe. Wiadomo, po pierwsze – obczyźna, po drugie – język niemiecki, za którym delikatnie mówiąc nie przepadam, po trzecie – brak roweru, który jakoś wypełniłby mi czas popołudniami.

A może zacznę biegać?

Po pierwszym tygodniu zabrałam się za bieganie. Poznałam parę nowych miejscówek, coraz śmielej zapuszczałam się w nieznane mi dotąd rejony.

Jednak to wciąż za mało, aby poznać Wiedeń. Jadąc komunikacją miejską (metro, tramwaje, pociągi i autobusy) nie widać zbyt wiele, a już na pewno nie można sobie przystanąć w celu podziwiania nowo odkrytego miejsca. Owszem, można komunikacją tu i tam dojechać, ale trzeba wiedzieć gdzie chce się jechać, by coś zwiedzić. Bieganie jest zbyt powolne a myśl o tym, żeby dojechać gdzieś metrem, aby pobiegać wydawała mi się śmieszna (niepotrzebnie) i w stylu a’la burżuazja.

A wtedy nastąpił długo wyczekiwany „weekend” w Polsce (na szczęście mam stosunkowo blisko – 430 km), gdzie spotkałam się z rodziną, Chłopem i po 1,5 dniowym pobycie spakowałam Treka i wróciłam z powrotem do Wiednia.

Wiedniu, nadjeżdżam!

Pierwsza przejażdżka była… No cóż, na miasto pedały spd się nie nadają, nieco mi przeszkadzają niż pomagają, a to za sprawą nieznajomości kierunków jazdy, znikających i pojawiających się ścieżek i szybko zapadającego zmroku. Powietrza może i zapomniałam sobie dopompować, ale tym razem nie zapomniałam wziąć Mio, który mam nadzieję nie pozwoli mi na zgubienie się. Albo na powrót do domu, jeśli jednak się zgubię.

Na szybką lub wygodną komunikację nie można narzekać, dla każdego się znajdzie coś dobrego. Jednak mnie interesuje wersja turystyczna i treningowa, więc daruję sobie te ścieżki, których w Wiedniu jest całe mnóstwo. Dzień szybko się kończy, a moje lampki coś szwankują, chyba ich nieużywanie im nie sprzyja (a szkoda, bo trochę kosztowały). Więc tak naprawdę nie ma zbyt wiele czasu, żeby oswoić się z tymi kontrapasami, „obwodnicami” i osobnymi, uroczymi, bo rowerowymi komunikacjami świetlnymi ;) W weekendy mogę sobie pozwolić na eksplorację terenu, z czego nie ukrywam, że korzystam, mam już jeden pełen wrażeń za sobą (będzie osobny wpis).

Tyle słowem wstępu, zabieram się za opisywanie ostatniego weekendu :)

Baba na Rowerze