Kocham jesień (w Wiedniu)

169 Przeczytano

Na ten dzień czekałam cały tydzień. Żeby pojeździć bez spiny, że lampka się wyładuje, lub nie daj Boże nawigacja. Dzięki rozmowie na facebooku z Piotrem, wiedziałam w którą stronę dziś jadę, żeby poczuć podjazd pod nogami i doświadczyć jakichś widoków :)
Podniesienie rolet szybko zweryfikowało marzenia o widokach (pochmurno, tudzież mgielnie) ale i tak żadna siła nie utrzymałaby mnie w domu.

Włączyłam Mio, wpisałam adres (recenzja map wkrótce), to znaczy właściwie kierunek, ubrałam się i wyruszyłam przed siebie. Było zimno i przez pierwsze 10 sekund miałam ochotę się wrócić po kurtkę z Lidla, ale ilość czynności, jaką miałam wykonać mnie zniechęciła, więc zacisnęłam zęby. Mio poprowadziło mnie tak, że sobie pomyślałam, że na pewno na złość mi robi i jadę okrężną drogą przez całe miasto, żeby wyjechać na jego zachodnie obrzeża.

Dam ci nauczkę, ty mały złośliwcu, poczekaj tylko na przerwę!

Byłam tak zdeterminowana i głodna podjazdu, że nawet przejazd obok czarnego od turystów Schönbrunn nie zrobił na mnie wrażenia.

Pozwolę sobie dodać, że ostatnio byłam tam jakieś 7-8 lat temu. Następnie znalazłam się w… kanale wodnym, gdzie została poprowadzona ścieżka pieszorowerowa a we mnie powstało nagłe pragnienie wysikania się.

Z mną kanał...
Za mną kanał…
IMG_20151004_122352
…przede mną kanał.

Nie muszę chyba pisać, jakie przeżyłam tortury.
Gdy już zostało tylko parę metrów do docelowego miejsca, zjadłam banana i ruszyłam na Sophienalpe. Z Alpami to może ma tyle wspólnego co ja z masarzem, ale droga poprowadzona jest malowniczo, serpentyna pozwalała się cieszyć widokiem, który zostawiłam za sobą, jednak nachylenie nie zabija. Żeby siebie również nie dobić, jechałam sobie swoim rytmem, kontemplując mieniące się już różnymi kolorami drzewa i wyobrażając sobie, że zjazd będzie boski. Ze zdziwieniem odkryłam, że już jestem na szczycie, nie chcąc tak szybko kończyć przygody z Sophienalpe ruszyłam na szutrową drogę (tak, mało mi po ostatniej niedzieli).

Gdzieś tam na Sophienalpe
Gdzieś tam na Sophienalpe

Jednak dość szybko zawróciłam, gdyż żwirek zaczął się robić niebezpiecznie grząski, poza tym mgła zasłaniała (chyba) widoki.

No i miałam, czego chciałam – serpentynę. Tym razem w formie zjazdu. Był cudny. Nie mogłam zapanować nad moim ciałem, a z ust co rusz to wychodziły różne dźwięki. A to było juuuuuuhuuuuuuaaaaaa :D albo iiiiiiiiiiiiiwziuuum! No tak już mam ;) widoki były cudne, spomiędzy pagórków widać było zadymiony Wiedeń, jednak nie zatrzymałam się na zdjęcia. Bo jeszcze tam wrócę, od przeciwnej strony (chyba bardziej stromo).
Zjechawszy na dół, ze zdziwieniem odkryłam, że jestem w 19-tej dzielnicy, więc postanowiłam pobawić się ustawieniami nawigacji i wreszcie nastała jasność i koniec z jazdą naokoło! Ale pierwsze kilkanaście minut jechałam sobie w nieznane, po czym stwierdziłam, że Dunaju jak nie było, tak nie ma i poprosiłam Mio o pomoc. Gdzie ja nie byłam! :)

Dzisiaj pokochałam jazdę po Wiedniu :) Chyba ;) Pora wyskakiwać częściej na miejskie wycieczki , bo przypadkiem tak się składa, że cały czas Mio prowadzi mnie do historycznego centrum, pomijając inne dzielnice. Dziś stwierdziłam, że bardzo podoba mi się 9 dzielnica (i tamtejszy sklep rowerowy), m.in.charakterystyczna spalarnia śmieci przy Spittelau.

Czuję się coraz pewniej i utwierdzam się w tym, że rower to świetny wybór!

Baba na Rowerze.