Zimowe, błotne kręcenie o poranku

with Brak komentarzy

Po około 5-cio miesięcznym rozbracie z rowerem górskim, dzisiaj w pierwszy dzień wiosny, znaczy zimy uzbrojona w bojowe nastawienie wyruszyłam na małą, górską przejażdżkę. Będąc poza granicami kraju naoglądałam się zdjęć Aśki (MotherBiker) i stwierdziłam, że przy korzystnym czasie pracy pora przestać wybrzydzać i przemóc się do zimowego kręcenia.

Grunt, to nastawienie

Psychika potrafi wygrać za zawodnika. Czasami coś sprawia nam ogromną frajdę, choć to nic niezwykłego. To wszystko dzięki nastawieniu psychicznemu do pewnej czynności.

Niestety moja psychika jest jak wahania hormonów w cyklu menstruacyjnym u kobiety. Raz tak a raz tak. Będąc na fali wznoszącej odrzuciłam wszelkie progi, tętna i prędkości, żeby czerpać przyjemność w jak największym stopniu.
Wtem, stanęłam przed szafą i poczułam się jak bohaterka filmu „wyznania zakupoholiczki” – z szafy wylewa się bezkształtna masa ubrań rowerowych, po czym okazuje się, że przecież na dzisiejszą temperaturę ja nie mam co ubrać!
Na szczęście gdzieś z tyłu głowy zachowały się resztki rozsądku i znalazłam bluzę, na tyle cienką, żeby wraz z kurtką nie stworzyły sauny.

Pierwsza jazda. No, prawie…

Nie powiem, żeby to było normalne uczucie po tak długim czasie siedzieć na Szaraczku. Kontakt miednicy z siodełkiem pozbawił mnie szybko nadziei, że jest wygodnie jak na domowej kanapie. Pierwszy zjazd z asfaltu na drogę polną = wyrzut endorfiny. Stan ten trwał do momentu pierwszego uślizgu tylnego koła na mokrej nawierzchni. Weryfikacja formy i umiejętności nastąpiła na pierwszej górce, którą w letnim sezonie wyjeżdżam, dziś wypchałam. Ale nic to. Dotlenienie, to dotlenienie.

Zabawa w chowanego?
Zabawa w chowanego?

Kiedyś tak krótką trasę z uczuciem wstydu wrzuciłabym na stravę / endomondo. Ale nie dziś. Miała być godzina, była godzina, choć chęci było na więcej.


Fajnie było!

Baba na Rowerze.