Poźno zimowa wycieczka na Treku Stache

46 Przeczytano

Żeby ruszyć w jakikolwiek sposób z treningami, wymyśliłam sobie plan treningowy na marzec. Wyszedł mi bardzo ambitnie, niemal zawodowo. Już wtedy wiedziałam, że jak zrobię połowę z tego, to będzie dobrze!

Zaczęło się od tego, że plan zawładnięcia światem i rozpoczęcie misji #wytopłydy ustawiłam na poranne, przed nową pracą treningi. Miałam mocną motywację, dwa mocne ale krótkie treningi w tygodniu miały mnie popchnąć do przodu. Na razie skończyło się na tym, że ostatnio na rowerze byłam w sobotę, a codzienna szaruga o poranku sprawia, że ochoczo wracam do łóżka dopełnić snu. Nic na to nie poradzę, że z moim uwielbieniem do słońca to ja powinnam dwa najbardziej szare miesiące roku w Polsce spędzić gdzieś w Calpe czy w Italii.

Zapowiedzi na sobotę były piękne, ciepłe i słoneczne. Z zapowiedzi ostało się tylko „i”. Mimo to, po dopełnieniu obowiązków wobec mieszkania ruszyłam ochoczo na Staszku przed siebie. Trek dostanie parę koniecznych przeszczepów, a Kross na asfalty jest zbyt… twardy. Poza tym, czas ze Staszkiem mam ograniczony (dzięki wspaniałomyślności chłopaków z dobrerowery.pl ), muszę go zjeździć maksymalnie, w maksymalnie różnych terenach i akurat na sobotę przypadły mu niezbyt wymagające ścieżki rowerowe, których narosło ogromne ilości podczas mojej nieobecności. Przewidując asfalty-drogi szutrowe 50-50 dopompowałam te ogromne opony w tym ogromnym rowerze, żeby się trochę lżej toczyły. Zapakowałam jedzenie, aparat i ahoj przygodo! Już na początku załatwiłam się pięknie, w lasku, gdzie lubiłam biegać postanowiłam pojechać terenem tak bardzo, jak to było możliwe.

Trek Stache na ścieżce w lesie
Trek Stache na ścieżce w lesie

I skończyło się to tym, że jeszcze nigdy tak szybko nie byłam doświniona, a spodnie filtrowały błoto od wody, która to z kolei przenikała przez spodenki kolarskie… Nic to, miałam się turlać a później oglądać u Renkawa Strade Bianche (w pięknym stylu wygranego przez Fabka Cancellarę!). Dobrze, że mi się nie spieszyło, a aura mimo iż daleka od ideału nie zaoszczędziła na widokach. Niestety na wietrze również nie zaoszczędziła. DSC_1006 kopia kopiaTrek Stache może się pochwalić wieloma rzeczami, ale na pewno nie niską masą, która lubiła się ujawniać w czasie wmordęwiatru oraz na nawet najmniejszych podjazdach. Cały czas myślałam, do czego ten rower świetnie się nadaje. Jest dość uniwersalny, jednak opony + nie ułatwią nam długich podróży. Może wygładzą wiele nierówności, jednak również pójdą w nogi i to nieźle. Miałam czas przemyśleć wiele rzeczy, podziwiać oprócz widoków kolor ramy, od samego początku przykryty warstwą szybkoschnącego błota.

batonbrejk
batonbrejk

Po 1,5 godzinie miałam już dość tego wiatru, którego na ziemiach Czarnego Dunajca i tamtejszych torfowisk nigdy nie braknie. Widok również dość płaski i jednostajny szybko się znudził i zapragnęłam szybkiego powrotu z wiatrem w plecy (a przecież wiemy, że na rowerze wiatr zawsze wieje w twarz). Tego dnia wiał mi we wszystko – w twarz (70), w bok (20%) oraz w plecy (hurra, 10% !). Nie sądziłam, że boczny wiatr równie mocno spowalnia co twarzowy. Kolarz posiada jednak niezłomny charakter i wciąż pedałuje. Na ostatniej prostej czasu do włoskiego klasyka czasu miałam coraz mniej, wyprzedziłam dwóch próbujących przede mną uciec (nic dziwnego, Staszek strasznie hałasuje!), jednak bez problemu i z tętnem 170 ud/min połknęłam ich gładko. Pościg kosztował mnie brak sił w wytarganiu tego monsterbike’a na drugie piętro. Skłamałabym, gdybym napisała, że zrobiłam to bez zadyszki i bez przerwy. DSC_1012 kopiaPo wejściu do domu, rozebrałam się tak, żeby zaschnięte błoto rozsypało się w jak najmniejszym promieniu i ruszyłam pod prysznic. To był dobry dzień, choć z niecierpliwością oczekuję dni, kiedy będę musiała ubrać na siebie o połowę mniej ubrań :)

Baba na Rowerze