Mgliście, deszczowo i wietrznie. Oto moje Roubaix

with 2 komentarze

Nastał kwiecień, a wraz z nim dłuższe dni. Wszyscy wiemy co to oznacza.

Rower, rower, rower!

W tym roku, wyjątkowo inaczej niż ostatnie 3 lata, wysiaduję godziny dopiero na świeżym powietrzu. Skutkiem tego jest ciągle bolący kark, odzwyczajony od pozycji rowerowej, nie wspominając o ciągle ugniatanym kroczu, o którego istnieniu zdążyłam zapomnieć. Moje marcowe postanowienie o podboju świata o 8 rano trafiało szlag każdego ranka, kiedy to wybierałam spanie do 9-tej, bo szaruga za oknem nie miała mocy sprawczej nad moim postanowieniem.

Na szczęście dzień się wydłużył, wzrosły też chęci do kręcenia. Po babskim czwartku chciałam jeszcze pokręcić coś w piątek, bo prognozy na weekend się nie zapowiadały dobre, a po powrocie z pracy obiad nie był gotowy. Ubrałam się i wyruszyłam w trasę, którą obmyśliłam sobie w pracy. Im bardziej na zachód, tym chmury były niżej, na ścieżce rowerowej zero ludu.

Wystarczy trochę chmur i chęć do rekreacji u ludzi zanika

– pomyślałam brnąc dalej w te chmury. Im bliżej granicy, tym kropienie stawało się bardziej natrętne, a drogi ortalionik przestawał spełniać funkcje izolacyjne. Pojawienie się nowej ścieżki rowerowej przesądziło o drodze powrotnej, lecz tym razem syndrom pętli mnie wkopał konkretnie. Niby skręciłam na południe, gdzie w tej chwili bardziej na zachód padało, ale i tak zmokłam dość szybko. Starałam się nie patrzeć na moje już nie białe buty, bo smutek ogarniał moją duszę. Wyświetlacz licznika mocno skropiony utrudniał czytanie cyferek, jednak od czasu do czasu kontrolowałam średnią prędkość, pilnując, żebym nie zwolniła (zwolnienie = spadek pracy serca = schłodzenie kończyn) i dalej brnęłam w beznadziejność.

Moje Roubaix
Moje Roubaix

Sytuację nieco uratowały błotniki, dzięki którym nie wlewała mi się woda do tyłka i butów, którego to uczucia najbardziej nienawidzę z jazdy na rowerze. Ukochane zjazdy pokonywałam wolniej, jak na złość wyjątkowo często pojawiały się spowalniacze na drodze (zwózka drewna, sprzedawca lodów(!) ), co wymuszało hamowanie, czego ostatnio nie lubię robić po zmianie okładzin.
Żeby sobie uprzyjemnić dłużący się powrót, zaczęłam śpiewać pod nosem piosenki Maanamu („jesteśmy ze stali”). Im bliżej domu, tym mniej padało a ortalionik zaczął wysychać, a ja ze zdziwieniem odkryłam, że wyjątkowo mi ciepło jak na takie okoliczności przyrody. Nieco dopaskudzony rower podsunął mi myśl, że dzisiaj miałam swoje Roubaix, mimo braku pavés czy innych dziecięcych główek.

Mgliście, deszczowo i wietrznie. Oto moje Roubaix.