Jak zostać bufeciarą?

with Brak komentarzy

Ostatnie dni żyłam wyścigiem rozgrywanym na moich terenach. W sumie te 4 intensywne dni to nic w porównaniu  z tym, co przeżyli główni organizatorzy – Czarek i Krystian, oraz ich żony. Jednak powiem Wam, że to, żeby wyścig wyglądał tak, a nie inaczej potrzeba naprawdę mnóstwo energii. Nie wystarczy rodzinna atmosfera, jaka panuje między kolarzami niegdyś zrzeszonymi w JMP czy obecnymi członkami Nowotarskiego Klubu Kolarskiego. Zasadniczą różnicą był fakt, że część z tych ludzi, która robiła za tło, sama brała kiedyś udział w zawodach, widziała niejeden bufet i wiedzą jak obsłużyć innych.

Obsługa bufetu powinna obsłużyć zawodników tak, jak sama chciałaby być obsłużona

Ale zanim przejdę do bufetów, które były dopiero w sobotę, plus mały (jak się okazało niewystarczający ze względu na przedłużające się oczekiwanie na wyniki – brakło zasięgu) na mecie piątkowej czasówki. Czwartek – pakowanie pakietów startowych tak, aby nikomu nic nie zabrakło, rozróżnienie szóstki od dziewiątki przegryzane chorizo i popite winem. 5 godzin później ciężka pobudka. Ale ogólna mobilizacja dawała jeszcze rady. W piątek jeszcze szybko poszło, jednak nie spodziewałam się, że przerobienie zdjęć w ilości ponad 120 zajmie tyle czasu.

A jak zostać bufeciarą? Znajdź znajomych, którzy organizują wypasione zawody, znajdź chwilę i powiedz im, że chcesz im pomóc. Reszta zrobi się sama.

W sobotę spania nie było, musiałam dokończyć zdjęciową robotę i ruszyłam na bufet na Łapszance z pięknym widokiem, stromym podjazdem z Osturni i najlepszym na świecie teamem na bufecie ( w tym trójka „naszych” dzieci i kilkoro z przypadku ze wsi!) i cały dzień minął szybko, w mgnieniu oka. Powrót i znowu to samo. Zdjęcia, setki zdjęć i artykuły. W niedzielę obudziłam się z lekkim bólem głowy, chyba mi słońce nieco przygrzało na tej Łapszance, a zostałam przydzielona do dzieci (skaranie boskie!) i do finiszu na kole – niczym welodromie Paris-Roubaix. Plusem było obejrzenie po raz pierwszy finiszu, który okazał się być bardzo emocjonującym aż do końca, zwłaszcza, gdy do mety zmagań zbliżała się kilkuosobowa grupa – każdy, dziesiąty czy dziewięćdziesiąty ósmy – walczył do końca. I nie przeszkodziła ulewa z gradem (tak, wyglądałam jak zmokła kura). Skończyła się ulewa, przyjechał ostatni zawodnik, zaczęło się święto. Rzuciłam wszystko, poszłam po porcję dla robola (pycha!) + napój chmielowy (ojezuniu tego mi trzeba było!) i byłam w raju. O tak, zmęczenie przybierało na sile. Przy drugim złocistym napoju zaczęłam odczuwać odlot, więc się wstrzymałam, wszak trzeba było pomóc ekipie zebrać ten grajdołek. Humory nikogo nie opuszczały do końca i to jest najlepsze w tej naszej kolarskiej braci.

Fajna sprawa startować, ale chyba fajniejsza robić innym dobrze!