Hard as hell – czyli słów kilka o Tatra Road Race 2

with Brak komentarzy

Miało być inaczej, ale w tym roku nic mi nie idzie po myśli, włącznie z kupnem roweru. Nie jeżdżę regularnie, z powodów osobistych w ciągu ostatnich 3 tygodni przed wyścigiem byłam może 5 razy na rowerze. W trudnej dla mnie chwili zrezygnowałam ze startu, bo „byle tylko przejechać i zapomnieć o bólu” było w zeszłym roku. W tym roku miałam ambicję na powtórzenie jazdy na takim samym poziomie.

Zaoferowałam się więc na bufet, jednak została dla mnie przewidziana inna rola – rola fotografa. Po zdjęciach z NTRC nie byłam zbytnio zadowolona z ich jakości, ale bez dobrego obiektywu cudów się nie robi, trzeba wykorzystać na maksa to, co się ma.

Prognozy nie zapowiadały się zbyt ciekawie, zapakowałam większy plecak w dwa aparaty, kurtkę przeciwdeszczową i długie spodnie oraz parę przekąsek. Och joj, jaka ja byłam przewidywalna. Z głodu bym umarła do 16:30!

Jeszcze świeżość, ale i ciężkie dyszanie

Premia górska na Zokach. Małe, strome cholerstwo, które wymagało niezłego zaparcia się w pedałach. Co lepiej wytrenowani wyjeżdżali i na równej rozpędzali się jak gdyby nigdy nic, jakby nie było piękącego laktatu w mięśniach. Ze środkowej stawki można było się dopatrzyć oznak cierpienia, jednak odgłosu lokomotyw najwięcej było słychać później.

Oprócz utrwalania mniej lub bardziej zadowolonych twarzy starałam się dopingować tych, którzy nie wierzyli w siebie, zdarzył się również kilka razy fejm, gdzie zostałam rozpoznana ;)
Dla wszystkich czytających: tak, na Zokach, Słodyczkach to byłam ja.

Ostatni zawodnicy i pierwszy deszcz

Zaczęły spadać wyczekiwane pierwsze krople deszczu. Nie z tego pozytywnego znaczenia, ale z koloru chmur można było wywnioskować, że przewidywana pogoda dojdzie do skutku. Szybko z Bogdanem i Kacprem ewakuowaliśmy się do następnego punktu fotografowania – serpentyna pod Zębem. Dość przyjemny zjazd, z bardzo ostrym zakrętem na jego końcu, na mokrym asfalcie hamowanie należało rozpocząć znacznie wcześniej, jednak znaleźli się tacy odważni, którzy gnali ile grawitacja dała. Żeby nie zmoczyć aparatu, szukałam dogodnego miejsca, które nie byłoby za ciemne ale oferowało dobry kadr. Nie znalazłam takiego, więc brałam co było i pstrykałam tym mokrym szaleńcom zdjęcia krzycząc na tych szybszych, żeby hamowali.

Kolejna ewakuacja, tym razem do nieodległych, przeklętych tego dnia kilkaset razy Słodyczek. Tak na dobicie na koniec wyścigu.

Obraz nędzy i rozpaczy

DSC_0481 (Kopiowanie) Wyszłam z samochodu, zobaczyłam pierwszych wypychających i rzekłam do moich współtowarzyszy :

o maaaatko, mamy tu straszny obraz nędzy i rozpaczy!

Wyciągam aparat i robię zdjęcia. Dwóch chłopaków widząc to, krzyczą do mnie, że nie chcą tak bardzo kompromitujących zdjęć i żebym poczekała aż wsiądą z powrotem na swoje rumaki. Próbowali, ale akurat znaleźli się na tym naprawdę dobijającym wzniesieniu i szybko przez myśl mi przeleciało, żeby w tych usilnych próbach osiodłania rowerów nie fiknęli czasem na plecy. A wszystko to dla niekompromitujących zdjęć :)

Gdy zrobiła się luka między krótkim a długim dystansem, przeczesałam internety, posłuchałam muzyki i podniosłam sobie poziom cukru we krwi, żeby nie paść plackiem z aparatem w ręce. Tuż przed przejazdem pierwszej grupki znów zapowiadało się na deszcz, jednak na szczęście tylko postraszyło.
Mocniejsi pykali sobie pod górkę jak ja w dół (po suchym), po czym zaczęli nadjeżdżać ci, którzy nie zmieścili się w limicie czasowym i zdjęto im numery, po czym odesłano do mety. Zaczął się festiwal kurw, spacerowiczów i lokomotyw. Wyobraźcie sobie, jest taki zakręt, do którego prowadzi już wystarczająco stroma droga. Wjeżdżasz na ten zakręt z przekonaniem, że teraz już będzie łatwiej, po czym Twoim oczom ukazuje się największa stromizna tego odcinka :) Z resztą, nie musisz sobie wyobrażać. Spójrz na to zdjęcie:DSC_0525 (Kopiowanie)
Ten sam numer fundowała Pitoniówka. Jednak na niej zmęczenie organizmu i głów jest mniejsze.
Zmęczenie zaczęło dopadać i mnie, cała karawana samochodów wyścigowych już przejechała, na ten z napisem „koniec wyścigu” czekać mi się nie uśmiechało. Spakowałam graty i pieszo wyruszyłam na górę z nadzieją, że uda mi się złapać stopa do mety.

Zajechani jak świnie ale szczęśliwi

tak można by opisać uczestników Tatra Road Race. Wyścig hard as hell, do tego pogoda nie rozpieszczała, ale twardziele i twardzielki nie odpuszczają. Pozostaje mi gratulować każdemu, kto ukończył wyścig, gdyż wiem, co przeżywali, ile to kosztowało pokonywania barier.

Miejmy nadzieję do zobaczenia na trasie za rok!

Baba na Rowerze