Festiwal kraks, krach w głowie – czyli XXI Rajd Wokół Tatr

with 2 komentarze
Rajd dla mnie rozpoczął się już kilka dni wcześniej, gdzie pobawiłam się w nieznaczną pomoc przy organizacji. Rano przed startem jeszcze trzeba było przyjąć uczestników „na ostatnią chwilę” i można było ruszać na rynek.

Już od wspólnej fotki tuż pod ósmej, na płycie nowotarskiego rynku moją głowę zaczęły ogarniać myśli „z własnej woli się na to zapisałam? Masakra.”IMG_20160828_081138

No i to była masakra. Drugi sektor, przeznaczony dla osób powyżej 8 godzin do przejechania dystansu okazał się mocno kraksowy, przed upływem 14 km zdarzyły się dwie, w tym w jednej udział wzięła Iwonka :/ okazało się, że dziewczyna nie ma kości, tylko stal i po chwili pojechaliśmy dalej, ale cały sektor już uciekł. Po dojechaniu do zakrętu na Oravice zatrzymaliśmy się (poszkodowani i ich towarzysze) przy karetce, żeby opatrzyć rany i skorzystać z krzaków.

Sik-emergency stop
Sik-emergency stop

Ledwo żeśmy ruszyły spod sik/emergency stopa, a tu dwa rowery na drodze, kolarz na poboczu, przerażona Czeszka i ogólny zamęt. Zjechałam na pobocze, wypytałam co się stało, zadzwoniłam do Krystiana, żeby zawrócił karetkę, która zdążyła odjechać z poprzedniego miejsca. Trochę to trwało, gdyż nie można było się dodzwonić do ratowników, kazałam chłopakowi pić wodę lub izo a jego koledze nad nim stać i robić mu cień. Gdy dojechał samochód serwisowy, przekazałam sytuację Krzyśkowi i ruszyłyśmy dalej.Nerwy sięgały zenitu.
Ledwo żeśmy (właściwie to żem) się wturłały na górkę a tam na poboczu chłopak z kapciem, który zaczął narzekać, że ręka po kraksie zaczyna boleć. Pomogłam wykręcić numer i pojechałyśmy dalej. Trochę te sytuacje mnie rozchwiały emocjonalnie i w duchu modliłam się, żeby już żadne tego typu przerwy nas nie spotkały.
IMG-20160829-WA001Już o suchych bidonach dojechałam do pierwszego bufetu, posiliłyśmy się (my z bufetu, Edyta miała swój prowiant),IMG-20160829-WA008 napełniłyśmy bidony i dołączyłyśmy do idealnego pociągu, który nas ciągnął przez jakieś 20 km, bo na pierwszym wzniesieniu odpadła dziewczyna, chłopak po nią zawrócił, a drugi popędził czym prędzej przed siebie.IMG_20160828_124524 I zaczęła się harówa od nowa. Najgorszy, płaski i wietrzny odcinek jechałyśmy zgodnie po zmianach, ale już tam zaczęły łapać mnie kurcze. Już sama nie wiem, czy to był dwugłowy czy przywodziciel uda, jednak wystraszyłam się, spadły mi morale i siły do pedałowania i zaczęłam mocno odstawać od moich wiernych towarzyszek.

IMG-20160829-WA002
Jeszcze dobry nastrój, tuż przed atakiem kurczu nr 1

Mała przerwa przed Podbanskiem na krzaki i kanapki a u mnie rozciąganie. Dojechał do nas chłopak, którego zaprosiłyśmy do naszego pociągu w roli lokomotywy, na co dżentelmensko przystał (dziękuję!) i ciągnął nas do pierwszych 5%, na które czekałam od pierwszego bufetu. Włączyłam sobie muzykę, żeby wyłączyć myśli i śpiewając pod nosem, mocniej zaczęłam pedałować i powoli, powoli skracałam dystans do moich towarzyszek kozic. IMG-20160829-WA003Niestety, ten płaski odcinek wyczerpał moje rezerwy i te upragnione 5% było jednym wielkim kurczem i ścianą nie do przejścia. W pewnym momencie musiałam stanąć i rozciągnąć nogi, co dało ulgę na tyle, że mogłam jechać siedząc (jak siedzieć, jak już wszystko obolałe!?), bo na stojąco kurcz łapał moją prawą „czwórkę”. Garmina przestawiłam na widok mapy, aby odizolować się od wszelkich średnich, czasu i w ogóle liczb. Jakby lekkiego natchnienia dostałam widząc mały punkcik Strbske Pleso, gdzie czekały kabanosy (wymodlone u Organizatorki przeze mnie) i słone zakąski. IMG-20160829-WA005Kabanosa zjadłam chyba kilogram, trochę Edycinej papryki, ponarzekałam trochę na swój los, coś tam żartując i trzeba było jechać dalej. Zjazd był cudowny, ale po przerwie od roweru jeszcze mniej mogłam siedzieć i łzy cisnęły mi się do oczu.
W sumie to od 120 kilometra jechałam w wielkim kryzysie. Jego punkt kulminacyjny sięgnął na okolice Zdiaru, gdzie miałam tak wolne tempo, że w garminie włączała mi się autopauza a dziewczyny jakiś kilometr przede mną ustaliły między sobą, że poczekają na mnie na trzecim bufecie i przy okazji Iwonka sprawdzi swój stan pod fachowym okiem pani ratownik.
Moja psychika sięgnęła dna, tak nisko jeszcze nie byłam, wróciły wszystkie demony z pierwszej połowy roku i już miałam wyciągać telefon i zadzwonić po Chłopa, żeby się nauczył obsługiwać nawigację i po mnie przyjechał samochodem. Ból psychiczny ulokowałam sobie w koniec opony, zahipnotyzowałam się i zapadnąwszy w trans kręciłam raz, za razem, nie bacząc na nic. Kilku uczestników wyprzedziło mnie uprzejmie zagadując, ale wtedy nie byłam zbyt rozmowna. Na bufecie zleciał się zlot motocyklistów, którzy robili mi „falę” i głośno się tam coś wydzierali. Prawdopodobnie moją twarz wykrzywił grymas udający uśmiech, wystawiłam kciuka i jechałam dalej, co ze zdziwieniem połączonym z paniką zarejestrowała Edytka i pogoniła Iwonkę do jazdy. Podjazd się wypłaszczył i ocknęłam się przed granicą Słowacko – Polską. Niby ostatnie 20 km, ale jedne z najtrudniejszych. Głupio zejść z roweru i zrezygnować, jednocześnie w nogach i głowie pusto i brak sił na cokolwiek.
Przed wjazdem na „metę” podziękowałam dziewczynom za cierpliwość. Minutę później, na zakończenie dnia Iwonka stwierdziła, że ma kapcia. Nie ma to jak „płaska końcówka”.

Zjadłam pyszny (wciąż) ryż z sosem i mięskiem, popiłam (oczywiście) piwem i Rajd można uznać za skończony. Rozczarowana jestem moją niemocą i zapowiadam, że więcej nie pojadę Rajdu. To zadanie nie dla mojego siedzenia. Dziękuję.
***
Jazda w drugim sektorze to nie był dobry pomysł. Kraksy mogą się zdarzyć wszędzie, ale oprócz mocy, która pojechała w pierwszym sektorze, pojechało też obycie jazdy w peletonie czy ogólnie w grupie osób, których się nie zna. Czuję niedosyt, zawód i rozczarowanie. A w takich momentach zaczyna się gdybanie, czego nie lubię robić. Kraksy skutecznie spowolniły jazdę, ostatecznie gigantyczny krach w mojej głowie uniemożliwił wykręcenie jakiegoś normalnego czasu. W porównaniu do rajdu sprzed dwóch lat, jechałam 20 minut krócej (szybciej, a to za sprawą Edyty i Iwony), ale łączny czas na rajdzie wyniósł o 2 minuty więcej (!!!). Tego było zdecydowanie za dużo dla mnie. Gdybam sobie, jakby się potoczyło, gdyby nie kraksa nr 1 i odjechanie grupy, jak szybciej byśmy zajechały bez postoju przy groźnie wyglądającej kraksie nr 2. Jestem zła na los, że tak się potoczył, ale mogę sobie być zła. Teraz czekam, aż co nieco przestanie boleć, żeby wsiąść na rower i nabrać do tego rajdu dystans.
foteczki: Iżona :)
Baba na Rowerze