W poszukiwaniu inspiracji

with Brak komentarzy

Czekałam na tę chwilę już od dwóch lat. Pierwszy urlop od tego czasu. Tak się złożyło, że wbijała mi do kalendarza kolejna dekada życia, więc ani mi się śniło spędzić ten czas w pracy, a już na pewno nie tak, jak spędzam każdy dzień – zwyczajnie. Gdy dowiedziałam się, że mam możliwość wzięcia urlopu (nowe miejsce pracy), skwapliwie z niej skorzystałam. Przycisnęłam też nieco plany Chłopa, żeby się dostosował do moich, aby spędzić razem niecodzienne chwile.

Bieszczady

Kierunek, w który chciałam się udać, chodził mi już od dawna po głowie. Napawałam się zdjęciami, tekstami przewodników, do tego moja wyobraźnia działała prężniej na myśl o kolorach jesieni, które uwielbiam. Do tej pory powstrzymywał mnie brak auta i odległość w ten pustawy rejon Polski.

Duża Pętla Bieszczadzka

Gdzieś tam mi się przewinęła ta nic nie mówiąca nazwa w czasie poszukiwania noclegu. Że lubią tam jeździć zmotoryzowani, że są piękne widoki (nie było ich aż tak dużo, w sensie panoram) i tyle. Dane zostały zapisane z tyłu głowy. Ale to, co przeżyłam za kółkiem samochodu przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Serpentyna. Jedna, za parę kolejnych kilometrów następna, i znowu i znowu. I tak przez 140 kilometrów. Zakręty, jak ja je nazwałam „na 370 stopni” sprawiały, że pokonując je piszczałam z zachwytu i na głos je zachwalałam a w myślach widziałam siebie jadącą szybciej na Trekusiu niż autem w dół (rower w dół na serpentynach MA przewagę nad czterema kółkami). W oczach świeciły mi się gwiazdki, ogniki czy co tam się jeszcze może świecić.
Nasze podhalańskie drogi mam już prawie wszystkie zjeżdżone i w pewnym momencie następiło „przejedzenie” i zaczęłam poszukiwać nowych wrażeń.
Na pewno tu wrócę z rowerem!

Góry

Na co dzień mam „swoje” góry. Codziennie mam możliwość podziwiania Tatr, Gorc, czasem Babiej Góry czy Pienin. Wstyd się przyznać, ale w Tatry w ogóle nie chodzę, bo odstręczają mnie turyści w ogromnej ilości. Nie mogę patrzeć na bezmyślność większości, gdy widzę kogoś na skalistych trasach w cichobiegach, lub co gorsze, w balerinkach, japonkach czy trampkach. Nie chodzę w góry, skąd to niby wiem? Byłam na Babiej Górze, w Gorcach, Pieninach i widziałam to. Teoretycznie słabsze, lub mniej kamieniste szlaki nie zwalniają z rozsądnego podejścia do nich.
Będąc na rowerze w Velickim Plesie, zobaczyłam, że od Słowackiej strony otrzymam to, czego nie ma od Polskiej – pustki. No, prawie. W przyszłym roku spróbuję od tej strony.

Nad urokiem Bieszczad nie będę się rozpisywać. Ilość mijanych turystów (albo czasami ich brak) pozwalały się w pełni cieszyć otaczającą przyrodą. Bieszczadzkie połoniny są piękne, zwłaszcza jesienią. Większość najpiękniejszych zdjęć z każdych gór pochodzi z tej właśnie pory roku. Idąc wytyczoną przez siebie trasą patrzyłam sobie i myślalam, czy da się tu wyjechać na MTB. Ale cieszyłam się, że tu jazda na rowerach jest zabroniona. Ostatnią rzeczą o jakiej marzę jest wypychanie roweru w stromym, bukowym lesie, w którym nie ma innych widoków niż swoje buty. Wiem, że są rejony, po których można jeździć, jednak ja tam nie byłam i kusi mnie w tej chwili tylko eksploracja bieszczadzkich szos.

A resztę… pokażę Wam to na zdjęciach.

Baba na rowerze