Dlaczego nie warto trenować zimą?

with Brak komentarzy

Dojrzałam psychicznie do roweru. Wcześniej narzucałam sobie zbyt wiele, wymagałam od siebie nie wiadomo czego, zachowując wciąż wysoki poziom lenistwa. Przestał mnie nawet cieszyć blog, był nawet przez ostatni rok taką udręką, wrzodem na d…e. Miałam wobec niego duże plany, ale brakło mi samozaparcia w sobie w dążeniu do celu. W okresie szkolnym, wiecznie byłam do kogoś porównywana i ten nawyk o charakterze autodestrukcyjnym przejęłam samoistnie. Nie chciałam tego, ale samo w spadku przeszło do dorosłości. Skończyło się to tak, że wiecznie porównywałam się do koleżanek, które chcąc nie chcąc świetnie jeżdżą na rowerze, a ja wciąż taka zawalidroga.

Doświadczenia, z którymi stykamy się całe życie, mają ukształtować nasz charakter. Na to, co z tego wyjdzie, mamy realny wpływ. Możemy się poddać i wiecznie narzekać, możemy przyjąć wszystko na klatę i tak aż do końca naszych dni. Możemy też przyjąć jedno uderzenie i nauczyć się na nim przewidywania i unikania kolejnych ciosów.

Przed zimą postanowiłam, że niezależnie od przebiegu tej pory, odstawiam rower na bok. Nie cieszył mnie rower a fitting pomógł tylko w jednej (najważniejszej) dysfunkcji, pozostawiając drugą. Zaczęłam biegać raz, dwa razy w tygodniu bez patrzenia na cyferki, skupiając się na odczuciach ciała i poprawiając ekonomię jego pracy. Osiągałam bardzo dobre czasy po dwuletniej przerwie od biegania. Podeszłam do tego zdroworozsądkowo. Jeszcze rok temu marszobieg nie przeszedłby przez moje dumne „ja”, teraz po prostu olałam dumę i pierwsze biegi były na poziomie początkującym. Im mniej się starałam o uzyskanie lepszego czasu, tym szybciej biegałam. Nie wiem o co w tym chodzi ;)

W lutym już strasznie świerzbiły mnie nogi, strasznie chciałam na rower, a tu im bliżej marca, tym więcej śniegu i mrozu. Zima wystawiła moją cierpliwość na niezłą próbę. W marcu w końcu nastąpiło przełamanie, pierwszy rower po 3,5 miesiącach przerwy. Na pierwszej jeździe zmarzłam strasznie, zero radości z jazdy, na szczęście druga odbyła się w bardziej korzystnych warunkach i odezwało się we mnie to rowerowe dziecko. Ze względu nie niezbyt jeszcze stabilną pogodę, wyjścia na rower nie były regularne ale i „forma”, cokolwiek to oznacza dla mnie w tej chwili, nie była najwyższa. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że straciłam poczucie odczuwania faktycznej prędkości, z jaką jadę na rowerze. Oznacza to, że gdy jechałam, miałam wrażenie, że pomykam sobie 25km/h, po zgraniu zapisu z garmina okazuje się, że jechałam wtedy 19km/h :D Brzmi dołująco? Ale tylko przez chwilę, grunt, że na rowerze „czuję”, że jadę „szybko”. Poza tym, i tak nigdzie się nie śpieszę.

Teraz, końcem kwietnia, po dwóch miesiącach kręcenia, mogę pochwalić się tysiącem (1000) kilometrów na rowerze w tym roku, z czego ~220 km zrobiłam w marcu. Jeszcze kilka lat temu, uruchomiłam inicjatywę „czerwcowy tysiąc”, gdzie do ostatniego dnia z trudem walczyłam o wykręcenie takiej liczby kilometrów na rowerze. W lipcu miałam potężny regres. Nie byłam gotowa na takie dystanse. Jestem w szoku. Mam wrażenie, że dopiero teraz, w całej historii mojej cyklozy czuję prawdziwą radość z jazdy. Gdzieś tam z tyłu głowy i tak są myśli typu: „jedźże trochę szybciej, babo!” lub „muszę poprawić podjazdy” , ale nie daję się zwariować. Na zawodach nie startuję, więc te parametry mogę spokojnie olać. Moja aktywność na stravie wprawia w zaskoczenie moich kolegów, koleżanki, znajomych… oczywiście pozytywnie. Wreszcie stosuję filozofię „żeby jeździć, trzeba jeździć” i coraz śmielej planuję wyprawy, wycieczki, bo wiem, że podołam.

Czy nietrenowanie zimą miało wpływ na moją lepszą dyspozycję? Tak. Jednak teraz mam dodatkowego „konika”, jakim jest właściwe oddychanie, które motywuje mnie do częstszego wyciągania roweru z domu. Napisałam dwa artykuły na ten temat, ale jeśli okaże się, że są tam błędy, to po doświadczeniu dobroczynnego wpływu metody Butejki, ostatni wpis na ten temat na pewno zaktualizuję, dzieląc się z Wami dodatkową wiedzą.

No. To szczęśliwego tysiączka!