I Rajd Doliną Dunacja

with Brak komentarzy

W tegorocznej majówce można było przebierać w kalendarzu, jeśli chodzi o wydarzenia sportowe. Jako, że „ścigacka” mnie już nie interesuje, dla mnie oczywistym wyborem była pierwsza edycja Rajdu Doliną Dunajca. Trasa została poprowadzona przez miejsca w 70% przeze mnie już znane, zostało jeszcze 30% do odkrycia. Profil rajdu był raczej pagórkowaty z kilkoma wzniesieniami, z najdłuższym odcinkiem na Przęłęcz Knurowską. Trochę się obawiałam, czy podołam, bo w kwietniu się raczej nie oszczędzałam i od niedzieli do wtorku (czyli dnia startu) bolały mnie nogi. Nastawiona więc byłam na przejechanie w czasie około 5 godzin. Organizacja, jak to u Tatra Cycling Events – dopięta na ostatni guzik, choć z racji otwarcia biura zawodów tylko w dniu rajdu utworzyła się kolejka. Nie patrzyłam na zegarek, ale dłużej niż 15 minut nie stałam. Na przyszły rok, drodzy przyjezdni od strony Krakowa / Zabrzeży, warto mieć na uwadze, że majówka w Pieninach jest bardzo popularna i w rejonie Krościenka tworzą się korki. Warto wyjechać nieco wcześniej, aby bez stresu zdążyć ze wszystkim. Dla uczestników były dostępne dwa parkingi, jeden przy rynku a drugi w stronę Nowego Sącza, każdy się zmieścił.

No to jedziemy!

Najbardziej się ucieszyłam, że tempo rajdu na starcie było łagodne, co pozwoliło dojechać w grupie do pierwszej przełęczy – Sromowieckiej – a ze względu na szalejący tego dnia wiatr, było to znaczne ułatwienie. Później na wzniesieniu nastąpiła pierwsza selekcja. Ja niestety ze względu na masę, zostałam nieco z tyłu, ale się tym specjalnie nie zrażałam, bo ja się stosunkowo długo rozgrzewam i jeśli się nie spalę na samym początku, to potem jest tylko lepiej. Na szczęście Iwonka, moja dobra duszyczka czekała na mnie na górze. Zjazd do Sromowiec był zaskakujący – wiało przeokrutnie, czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. Gdybym miała stożki, to pewnie szybko finał zjazdu miałby miejsce w pobliskim (lub nie) rowie. Mając na uwadze, że moja towarzyszka ma pietra przed zjazdami po zeszłorocznych przygodach, zjeżdżałam tylko siłą grawitacji, bez dokręcania. Chwila odpoczynku na wietrze bocznym i lekki podjazd do zamku w Niedzicy i znów chwila odpoczynku przed drugim podjazdem, którego osobiście nienawidzę, ilekroć tam jadę. Zagrzałam Iwonę do walki i kazałam jej pruć w górę na challenge’u, który swoją drogą okazał się trafionym pomysłem, dla urozmaicenia dość nudnej formuły rajdu. Ma dziewczyna parę w nogach, której szkoda marnować, nagrody z Apidury są wartościowe ;) Do mnie dojechał starszy pan, pogadaliśmy o Chorwacji i nagle podjazd się skończył i zaczął się zjazd, czyli to, co moja masa lubi najbardziej. Zjazd z Falsztyna jest chyba najprostszym technicznie zjazdem, jaki znam na Podhalu / Spiszu, więc tu się zyskuje głównie odpoczynek i wspaniały widok na zalew Czorsztyński i masyw Gorców. Płaska, ale wietrzna dojazdówka do creme de la creme podhalańskich podjazdów – przełęczy Knurowskiej, która na jednym z zakrętów wręcz zrzuca z siodełka (w sensie widokowym), a w pozostałej części pozwala skupić się na podjeździe.
…pozwala się skupić, ale nie w majówkę – takiego ruchu jak pierwszego maja, nie widziałam jeszcze nigdy. Samochód za samochodem, motor, za motorem (w dół)… rower, za rowerem (w górę). Na szczycie Iwona delektowała się batonikiem, a ja już ze 100 metrów krzyczę, że koniec żarcia, bo jadę ;) Knurowską podjeżdżało mi się dobrze, czułam się coraz lepiej. Teraz czas na porządny odpoczynek – 10 km w dół. Tak długi zjazd uśpił czujność Iwony, która o mały włos przejechałaby skręt na przełęcz Młynne, na szczęście znów mój krzyk przywrócił ją do życia. Trzeci challenge, Iwonka wypruła do przodu a ja sobie kręciłam miarowo i ze zdziwieniem odkryłam na trzecim kilometrze podjazdu, że w bidonach mam Saharę. Na szczęście ostatnia rywalizacja skończyła się przed najstromszym fragmentem i Iwonka poratowała paroma łykami wody. Dojechać bym dojechała, bo wiedziałam, że na 56 km będzie bufet. Tutaj wyprzedziłam paru chłopaków, którzy chyba się wystrzelali pod Knurowską, choć moje tempo zawrotne nie było.  Końcowy podjazd był drogą różnego stanu, raz tylko z dziurami, raz z dziurami i piaskiem. Myślę sobie, gdzie ten Czarek nas poprowadził? W taki syf? Na rowerze szosowym? Ale później, gdy jechaliśmy w kierunku Łącka, pomyślałam sobie, że w sumie takie dziurawe odcinki mają swój urok – są takie dzikie, tudzież dziewicze dla szosowych świrusów i pozwalają się skupić na pięknie otaczającej okolicy. Wszak nigdzie się nam nie śpieszy.  Na suto obstawionym bufecie na górze Młynne zatankowałam bidony, zjadłam kabanosiki (wreszcie coś słonego!) i zabrałam banana na drogę. Im krótsza przerwa, tym lepiej dla mnie.

Zjazd – dobrze, że był oczyszczony z piasku, bo mogłoby być nieciekawie. Iwona zjeżdżała jak na szczudłach, ja starałam się jechać najwolniej, jak się dało, żeby ją pilotować, bo już jechałam tą dróżką dwa razy, więc wiedziałam czego mniej więcej się spodziewać.
Później, ciąg dalszy zjazdu do Kamienicy, złapałyśmy koło Grzesia, który jak się później okazało, był po defekcie. Dla mnie to było zbawienie, bo tempo było dobre, choć obawiałam się, że całą zabawę trafi szlag, jak tylko napatoczy się pierwsza górka, wszak te chłopy to konie! Okazało się, że chyba przestało im się śpieszyć i jechaliśmy sobie razem na Łącko. Drogi jeszcze bardziej dziurawe niż na Młynnem, ale za to jak pięknie?! Moja głowa obracała się wokół własnej osi, żeby się napatrzeć na widoki (zdjęć brak). Lubię specyfikę Beskidu Sądeckiego, piękna, zielona odmiana od surowych Tatr. Sielanka się skończyła, gdy Grześ złapał kapcia po raz drugi, rzuciłam mu dętkę i pojechałyśmy łapać drugą część pociągu, która nam zwiała, nie zdążyłyśmy na ten, ale złapałyśmy się na inny. Droga z Łącka do Tylmanowej była fragmentem, którego najbardziej się obawiałam, bo jest to droga wojewódzka o dużym natężeniu ruchu, jednak okazało się, że to nie on był najgorszy. Tym razem w kość nam dał czołowy wiatr. To było strasznie długie 20 kilometrów. Ostatnie 10 kilometrów stało w miejscu. Na liczniku non stop 80 km i ani drgnie. Upragniony widok wieży kościelnej w Krościenku (nie spodziewałam się, że widok kościoła kiedyś mnie ucieszy) zwiastował już koniec walki z wmordęwiatrem. Przed oczyma wyobraźni było jedzenie, piwo i pogawędki. Znów korek, trzeba jechać między samochodami, ale jedziemy na spokojnie. Przy rondzie strażacy kierują ruchem do mety, która znajduje się w dość nietypowym momencie, zupełnie nie dla szosy – bowiem zjazd jest poprowadzony po terenie i  trawie, rodem maratonów MTB. Jedni sprowadzają rowery, inni ostrożnie zjeżdżają. Przekroczyłam metę z czasem 3:48, co wprawiło mnie w lekkie wzruszenie, które sprytnie ukryłam za okularami. Było pięknie, bezpiecznie i „szybko”.

W miasteczku rajdu piknikowa atmosfera i gigantyczna kolejka do wydawania jedzenia. Na szczęście nie miałam jakiegoś ogromnego apetytu, ale jak widziałam wydawane porcje jedzenia, to zaczyna mnie podświadomie ssać w żołądku. Dokupujemy z Iwonką po bezalkoholowym piwku i raczymy się pysznym schabowym z frytkami. Na koniec w amfiteatrze, do którego trzeba przejść około 300 metrów, odbyło się losowanie nagród. Pierwszy raz udało mi się wylosować coś moim brzydkim numerem ;)
Z uśmiechami na twarzach rozjechaliśmy się do swoich domów.

Teraz pytanie,

czy warto przyjechać na Rajd Doliną Dunajca?

Tak. Trasa piękna, umiarkowanie trudna, jeśli odpowiednio rozłoży się siły, jest do pokonania w dobrym tempie. Sam termin może nie jest zjawiskowo dobry ze względu na ruch samochodowy na drogach, jednak zaproponowane rejony warte są ich objechania. Pierwsza edycja pozostawiła za sobą naprawdę dobre wrażenie, na co złożyła się świetna organizacja i „kameralne” towarzystwo cyklistów. Jeśli za rok będzie kolejna edycja, myślę, że możecie się śmiało zapisać i nie pożałujecie !

Baba na rowerze

zdjęcia: ©Rajd Doliną Dunacja / Dominik Gach, Katarzyna Bańka