Dzień, który miał być ostatnim

with Brak komentarzy

23 grudnia wygasała domena mojego bloga. Miejsca, gdzie zostawiałam cząstkę mojej kolarskiej osobowości od kilku lat z różnymi skutkami. Jedyną rzeczą, za którą płaciłam w tym czasie, był właśnie unikalny adres mojego bloga. Przeciwna jestem podkupywaniu czytających sponsorowanymi postami, bo nie ma nic bardziej denerwującego niż ciągle wyświetlające się sponsorowane wpisy, które wyświetlają się nam dopóty, dopóki ich nie zablokujemy ;)

Miałam inne plany na tego bloga. Brakło konsekwencji i tego „czegoś” – nie wiem, może szczęścia, żeby się przebić do szerszej publiki. Ostatnie dwa lata były dla mnie przypomnieniem porażki związanej z tym blogiem, nie potrafiłam wykrzesać z siebie żadnej energii do pisania w miejscu, które czytała wciąż garstka ludzi, a dla Współpracy liczą się liczby.

W listopadzie, gdy przeglądałam instagrama (wiadomo, najwięcej kolarskiej treści), gdy zobaczyłam kolejny raz wypinające się piękne cycki pewnej kolarskiej dziouchy o swojskobrzmiącym nazwisku, usta koniecznie w dziubek, oraz kilka innych wtórujących jej postaci, zalała mnie gorycz i złość. Wiedziona impulsem postanowiłam usunąć bloga, a raczej umrzeć mu śmiercią spowodowaną zerwaniem umowy hostingowej.
I trwałam tak aż do dnia, gdy znów serce mi stopniało.

Tak. Zmiękłam. Będę tu na pewno przez kolejny rok, przeżywając następny rok podobnie do tego (może z odrobiną więcej pracy zawodowej), bo wreszcie znalazłam przepis na radość z roweru. Wreszcie bardziej cieszy mnie jeżdżenie w ciuchach nie teamowych (wciąż szukam granatowych / butelkowo zielonych gaci i żółtej koszulki i czekam na premierę srebrnych butów z Decathlonu), wreszcie nie patrzę na cyferki a te mnie wreszcie zaczęły zaskakiwać. Wreszcie pakowałam rower do mojego mikroautka i brałam nas oboje na mikrowycieczki. Kilka planów nie udało mi się zrealizować, ale widać tak miało być ;)

Cieszę się, że dalej będziemy się TUTAJ będziemy widzieć.

Baba na rowerze