Dzień pierwszy.

115 Przeczytano

Prolog

Po napompowaniu kół, które przez zimę zdążyły stracić ciśnienie do niemal zera, nasmarowaniu łańcucha włączyła mi się drżączka dłoni, palpitacje serca i motyle w brzuchu – wszystko na raz. Czułam się, jakbym zaraz miała jechać na jakiejś nowej maszynie lub co najmniej pierwszy raz w Calpe (chyba, nie wiem, bo nigdy nie byłam). Z wrażenia nie wzięłam ze sobą drobnych i buffa, który jak się później okazało, był zbędny.

Zapach wiosny

Postanowiłam spędzić przedpołudnie na rowerze mimo kiepskiego samopoczucia, chęci pobawienia się z chłopcami i jutrzejszych urodzin mamy. Wyrzuty sumienia miałam przez pierwsze 100 metrów, później nastała walka z wiatrem. Ale dzisiaj nawet wiatr, którego nie cierpię zaraz po deszczu w trakcie jazdy na rowerze nie był w stanie zakłócić mojej radości z temperatury i pierwszej jazdy szosą w tym sezonie. Nogi nie kręciły się zupełnie, ale kogo by to obchodziło? Po spędzeniu całej zimy na trenażerze jakiś czas temu, w rzeczywistości też nie kręciły ;)
Wspaniały był dziś widok na masyw Babiej Góry, w Tatrach było widać trudne warunki, jakimi było oblodzenie ich powierzchni a później jak się okazało – również i tam wiatr dał nieźle popalić.
Mimo fajnej aury, wszechobecna szarość po zimie jeszcze jest niefotogeniczna, więc szału z trzaskaniem zdjęć dziś nie było.

Refleksja

Ale była za to frajda z jazdy, po długiej, zimowej przerwie i mądry audiobook.


Oby takich dni, jak dzisiaj było więcej.