This is the day

263 Przeczytano

… to tytuł piosenki, który podniósł mnie na duchu po powrocie z roweru, na który nawet nie chciało mi się iść. Ale ostatni tydzień jest jakiś głupi, mam doła psychicznego, na rower nie chce mi się iść a ochota na niego przychodzi dopiero w momencie, gdy jadąc na nim mam skręcić na drogę do domu. Tak jakoś wtedy żal mi tak szybko wrócić, więc dokręcam parę kilometrów, żeby ten licznik nie był taki biedny.

Rzadko kiedy muzyka mojego ukochanego zespołu potrafi mnie już podnieść na duchu, po niespodziewanej śmierci wokalistki. Dolores odeszła zbyt szybko, z czym nie mogę się pogodzić, ale to tak muzycznie, niż życiowo. Ale ten utwór, jakiś taki pełen nadziei i dobrej energii, poprawił mi dzień, który dzisiaj pogodowo jest dziwny. Ani nie jest ciepło, ani nie jest zimno. Niby pochmurnie ale zbyt jasno, więc niby taka mgła. Wcale nie miałam w planie iść na rower. Trochę nogi bolą po wczorajszych 70 kilometrach. Ale i tak jest lepiej, niż po jeździe ostatniej niedzieli, po której to miałam drgawki mięśni nóg i w ogóle taki zjazd kaloryczny, że po przejechanych 40 kilometrach zjadłabym bez problemu konia z kopytami. To pewnie sprawka dostawy świeżego powietrza po całej zimie, spędzonej w ciemnej norze Bukowiańskiego SPA ;)

Walczę sobie więc dalej z tym spadkiem psychicznym, tłumacząc sobie, że to przesilenie wiosenne. Oczekuję z niecierpliwością na ciepło, które ogrzeje mnie również od środka.