pisanie bez tytułu.

533 Przeczytano

Znacie to uczucie, że bardzo się Wam nie chce iść na rower, ale jednocześnie wiecie, że jak nie zbierzesz się w sobie, to frustracja będzie narastać? Ja znam aż za dobrze. W zeszłym roku udało mi się zwalczać je dość zgrabnie, w tym roku pogoda mocno płata mi figle. Nie cierpię jeździć w zimnie. Dopiero co pożegnałam bluzy i spakowałam je na dno szuflady ze słowami „do zobaczenia w listopadzie”, po czym ze skruchą musiałam je stamtąd wyjąć po jakichś 3 dniach. I tak kilka razy w miesiącu. Teraz z kolei nawet nie tyle temperatura, co opady deszczu uniemożliwiły mi jazdę na rowerze. Wygłodzona po zimie, po kolejnych przewrotach osobistych, potrzebuję roweru, jak mało kiedy, a kończy się tym, że leżę na łóżku i patrzę w sufit lub dla odmiany snuję się po domu w poszukiwaniu wygodnego kąta.

Dzisiaj ostatnie dwie godziny pracy były dla mnie istną mordęgą, widziałam przez okna, że pogoda sprzyja, trochę się chmurzy i jak pójdę na rower, to pewnie mnie złapie deszcz. Do tego spadło ciśnienie, tak bardzo, że musiałam podpierać głowę i marzyłam o poczwórnym espresso z bogatą pianką dla pobudzenia. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak praca w Zakopanem rozregulowuje organizm człowieka. Wcześniej takie stany zdarzały mi się sporadycznie, choć pracowałam ledwie 20 km od stolicy Tatr.

Wróciłam do domu, wsunęłam krupnik, później podwójne espresso (nie ma funkcji poczwórnego od razu) a do niego świeże drożdżowe ciasto z borówkami i poleciałam się przebierać, zanim mi się całkiem odechce tego roweru. Wybrałam bluzę, krótkie, zwykłe spodenki, moje nowe lakierki (które są niewygodne, póki co) i to był strzał w dziesiątkę. Ale wiecie co? Na drodze, po której ZAWSZE jedzie się z wiatrem, walczyłam z wmordęwiatrem i to takim, że zastanawiałam się nad powrotem do domu po przejechaniu 3 kilometrów. Zacisnęłam zęby, przypomniałam sobie o oddychaniu przez nos, podziwiałam białe bociany, szare bociany (czaple?) i czarne bociany (serio!), pola pokryte mleczami i buchającą zewsząd zieleń, która ukoiła moją duszę.

W taki dzień jak dziś, jak zwykle zachciewa mi się odkrywania nowych ścieżek, dla urozmaicenia znanej na pamięć trasy i jak zawsze trafiam na ślepe uliczki. No, może nie do końca ślepe, ale roweru szutrowego nie mam ani górskiego, więc dziś dla mnie te ścieżki były niedostępne. Ale za to mam w głowie zapisane, żeby je odwiedzić po nabyciu któregoś z wyżej wymienionego roweru.

Z tego całego upojenia jazdą na rowerze pierwszą od chyba 2 tygodni (z pominięciem małej sobotniej smutnej rundki) wyrywały mnie wrażenia moich stóp i lewej nogi, które są bardzo niezadowolone z innego ustawienia podczas pedałowania i tego, że buty są inne. Na razie nie są wygodne, ale każde spojrzenie w dół sprawia, że ból trochę maleje (KOBIETY…!). Zastanawiałam się 148 razy, czy spróbować sobie samej jakoś poprawić te bloki jak w starych, czy jechać do Bike Atelier na poprawki, czy jednak sama płytka na ustawienia bloków to za mało i konieczny jest ponowny fitting? Po pierwszym fittingu pamiętam, że moje nogi czuły się dziwnie, ale nie miałam takich wrażeń jak drętwienia, czy występujące dziwne dolegliwości w lewej nodze. No nic, wyjdzie w praniu, jak pogoda pozwoli.

Plusem wmordęwiatru jest to, że po pewnym czasie, po zmianie kierunku, wreszcie zaczyna sprzyjać i trasę, której nie cierpię pokonywać w tym kierunku pykłam nawet nie wiem kiedy :-)

…a Kaszebe Runda coraz bliżej!